Make your own free website on Tripod.com


NICK CAVE

KRÓL INKAUST

„I tylko ja uszedłem z życiem by ci o tym donieść”; - Księga Hioba

Płomienne modlitwy
Złomowisko
Diabelskie nasienie
Die Haut
Bunt!
Wybrane jednoaktówki
Salome
Od niej do wieczności
Ślepy Lemon Jefferson
Pierworodny nie żyje
Ciernie w duszy
Twój pogrzeb, mój proces


PŁOMIENNE MODLITWY

URODZINY

Mamy dziś bardzo szczęśliwy dzień
Mnóstwo zabawy zabawy zabawy
Są lody i galaretka
i ponch w brzuchu.
Ile można zostawić na ścianie?

I zobaczcie, jak jego twarz jaśnieje
Bo dostał rower! Co za niespodzianka.
Duży rower. Co za duża niespodzianka.
Czerwony rower. Co za czerwona niespodzianka.
Och, co za niespodzianka.

Lecz najlepsze z tego wszystkiego
Lecz najlepsze z tego wszystkiego
Było cudowne psie krzesło
Było śliczne psie krzesło
Które potrafiło liczyć do dziesięciu
Potrafiło liczyć do dziesięciu
Robiło hau, hau, hau, hau, hau,
hau, hau, hau, hau, hau.

A oto kolejny szczęśliwy dzień.
Bo urodził się jedenaście lat temu.
I w tym roku dostał długie spodnie
i bardzo elegancki krawat.
Tylko pomyślcie - już za pięć lat będzie się golił.

I zobaczcie, jak jego twarz jaśnieje
Bo dostał rower. Co za niespodzianka!
Dostał samurajski miecz.
Co za stalowa niespodzianka.
On zapamięta ten dzień do końca życia.

Lecz najlepsze z tego wszystkiego
Lecz najlepsze z tego wszystkiego
Było fantastyczne psie krzesło
Było nieskazitelne psie krzesło
Które potrafiło liczyć do jedenastu
Potrafiło liczyć do jedenastu
Robiło hau, hau, hau, hau, hau,
hau, hau, hau, hau, hau, hau.

Lecz najlepsze z tego wszystkiego
Lecz najlepsze z tego wszystkiego
Było, mój drogi, psie krzesło
Było szalejące psie krzesło
Które potrafiło liczyć do jedenastu
Potrafiło liczyć do jedenastu

I biegało po całym domu

PŁOMIENNE MODLITWY

To miejsce jest dla mnie PIEKŁEM
DIABEŁ w moim łóżku
I DIABEŁ w mojej butelce
I DIABEŁ w mojej głowie
Spotkamy się w Niebie
Jeśli jeszcze raz założysz tę sukienkę
(Nalej mi jeszcze jednego, przyjacielu)
Gdzie moje serce skute jest lodem
I modlitwy stają w ogniu
Płomienne modlitwy.

PŁACZ

A kiedy stąd odejdziesz
Kiedy odejdziesz
Wypełnię tę pustkę
Albo tę nie-pustkę
Wypełnię ją łzami
Wypełnię ją łzami
Wypełnię ją łzami
Wypełnię ją łzami
Płacz Płacz Płacz Płacz
Tu nie popłynie ryba
Tu ryba nie popłynie
Tu NIE-RYBA popłynie
Tu nie-ryba
Płacz Płacz Płacz

A kiedy zatrzaśniesz te drzwi
Kiedy te drzwi się zatrzasną
To wypełnię tę pustkę
I spakuję walizkę
Wypełnię ją ubraniami
Albo nie-ubraniami
I wypełnię ją łzami

A kiedy powiesz do widzenia
Kiedy powiesz do widzenia
Wykopię sobie dół
I wypełnię tę pustkę
Wypełnię ją ciałem
I wypełnię ją nie-ciałem
Wypełnię ją łzami

Ryba Płacz Ryba Płaaacz

ZABAWNA POSTAĆ

Jestem zabawną postacią
Konam z kamienną twarzą
Wszystko co zrobię lepiej zostawić jak było
Jestem zabawną postacią

I smażę się na słońcu
Nie mam szczęścia w Miłości
W niczym nie mam szczęścia
Jestem zabawną postacią

I wszyscy mi imponują
Ale ja nie imponuję nikomu
To jest irytujące
Jestem zabawną postacią

Jestem zabawną postacią
Mam pieniądze
Ale pieniądze to nie wszystko dla
Zabawnej zabawnej zabawnej zabawnej postaci

KRÓL INKAUST

Król Inkaust wtacza się do miasta
Węszy dokoła

Król Inkaust kopnięciem zrzuca śmierdzący but
Piach i sadza i kurz i brud i
Jest większy niż myślisz
Król Inkaust
Królu, zbudź się, wstań
Zbudź się, zbudź, zbudź, zbudź
Robak pełznie po ścianie
Król Inkaust czuje się jak robak
Nienawidzi swej zgniłej skorupy
Cza-cza-cza-cza-cza-cza-cza-cza
Królu, wstań, naprzód
Zbudź się - co jest w tym pokoju?
Zbudź się - co jest w tym domu?
Powiedz coś głośno, krzyknij
AAAAAAAH! Co jest w tym domu?
Piach i sadza i kurz i brud
Król Inkaust czuje się jak robak
Pływający w wazie z zupą
O! Tak! O! Tak! Co za cudowne życie
FATS Domino leci w radiu

PODWÓRKO

Na naszym podwórku
Ile kurczaków możemy naliczyć
Na palcach rąk i nóg
Ich nóg
Siedząc nad DOŁEM ojca
Siedząc na jego piersi
Rozbijając grudy błota
Ziemia jest miękka na naszym
Podwórku Podwórku
Kamienie w butach
I stopach
Ciągają je po muzeach
Gdzie
Pod szkłem
Mrożą
Zamrażają
Dłonie i stopy
I guzowate kolana
Podwórko Podwórko

TYLKO TY I JA

Po pierwsze: próbowałem zabić to młotkiem
Pomyślałem, że może stracę
Głowę.
Pewnie! Wyjedliśmy wszystko ze sreber
(Kiedy nawet jedzenie było przeciwko nam)
A potem spróbowałem zabić to w łóżku
Po drugie: dusiłem to poduszką
Lecz obudziłem zakonnice w
Mojej głowie.
Waliły swoimi świętoszkowatymi pięściami
(Od wewnątrz - jak i z zewnątrz)
Udało się: PRZEBIŁEM TO. Martwe.
Po trzecie: przytknąłem do tego wargi
I dmuchnięciem zamroziłem
Płaszczyznę.
Napisałem na powierzchni
„Dzisiejszej nocy jesteśmy na powierzchni”
Tylko ty i ja, dziewczyno: ty i ja i tłuszcz.


ZŁOMOWISKO

UCAŁUJ MNIE CZARNO

TERAZ ONI zostawili na nas SMRÓD
Wrzucili nas do sukuba
Nakarmili nami inkuba
I przyprowadzili saprofaga
chodź i ucałuj mnie czarno
Chcę poczuć twoje wargi wokół mnie
chodź i ucałuj mnie czarno
Czernią jamy, w której mnie znalazłaś

Ona jest jak pies musisz ją kopnąć
Śpi jak swastyka
I mówi „wszyscy teraz są wygrani
bo wszyscy teraz są grzesznikami”
chodź i ucałuj mnie czarno
każ swoim statkom żeglować wokół mnie
chodź i ucałuj mnie czarno
Czernią morza, w którym mnie utopiłaś.

Chodź i ucałuj mnie czarno
Przebij mnie swoim pałaszem
Chodź i ucałuj mnie czarno
Ucałuj mnie czarno, a potem wykończ mnie.

6" ZŁOTE OSTRZE

Wbiłem sześciocalowe złote ostrze w głowę dziewczyny
Ona: cedząca przez zęby kłamstwa, on: leżący na plecach
Ręce precz od tego, ręce precz! krzyczała
śmiejąc się do mnie od biodra do biodra
Ręce precz, kochanie, twarda kość mięknie i wymyka się
Oooo Tak.
Wbiłem sześciocalowe złote ostrze w głowę dziewczyny
Plastry z płetwy rekina plastry z łoża słodyczy
tego ślicznego rudzielca
KOCHAM CIĘ! teraz ty mnie! KOCHAM CIĘ!
śmiech, śmiech
Te chude dziewczyny, och, jak one rwą się do zabijania
Oooo Tak
Szybciej, kochanie, no już, szybciej, szybciej ad infinitum

HAMLET (PIF PAF)

Hamlet łowi ryby w grobie
Hamlet łowi ryby w grobie
przez KREM z kości i śmieci
nie ma tu żadnych przyjaciół
nie ma tu żadnych przyjaciół
myślę, że nasz bohater jest zakochany
Hamlet ma teraz pistolet
i KRUCYFIKS na szyi
i KRUCYFIKS na szyi
pif paf pif paf/pif paf pif paf
ruchy Hamleta tak piękne
ruchy Hamleta tak piękne
spaceruje pośród kwiatów
kto się chowa za narożnikami
Idzie teraz ulicą
podoba mu się ten CADILLAK
podoba mu się ten CADILLAK
pif paf pif paf/pif paf pif paf
CZY TO MIŁOŚĆ jakaś miłość
CZY TO MIŁOŚĆ jakaś miłość
Idzie teraz moją ulicą
wchodzi do mojego domu
pełznie po schodach
DLACZEGO MASZ DZIECKA TWARZ
dlaczego-masz
pif paf pif paf/pif paf pif paf
Czy to miłość
Czy to miłość
PIF!
Strzelił do środka
Strzelił do środka
PAF!
Nie pozwól im ukraść swego serca
on wszedł i ukradł moje serce PIF!!
hej hej hej PAF!!


DIABELSKIE NASIENIE

OBAWY GUNA

Gun radzi sobie dobrze z alkoholizmem
Palec w Butelce i huśta ją powoli
Od Łóżka do Zlewu i z powrotem
Wskazówki Zegara pełzną nieodmiennie
Rozbija Zegar (nienawidzi jego tarczy)
Który swoim tykaniem rozmawia z Sercem
Więc odpowiada Zegarowi
powolnymi, rozmyślnymi kopnięciami
Obawy Guna to obawy każdego.

Palce zaciśnięte na gardle miłości
Palce zaciśnięte na gardle miłości
Palce zaciśnięte na gardle miłości
Miłość! Miłość!

Gun tańczy walca po pokoju
Zalicza Stół i Krzesła i Sofę i tak dalej i dalej
Gun ubrany jest w swój najlepszy niebieski garnitur
Więc wzbijmy się w niebo
„Będziemy tańczyli i zajadali się
Weźmiemy butelkę i wypijemy do dna”
I zszargajmy go.
Radio tranzystorowe gra przeraźliwie smutną
piosenkę o samotności:
„Dokąd ona odeszła? Dokąd odeszła?”
Obawy Guna to obawy każdego.

Palce zaciśnięte na gardle miłości
Palce zaciśnięte na gardle miłości
Miłość! Miłość!


BUNT!

BUNT W NIEBIE

Oto wyskoczyłem!
I uciekłem z tego pieprzonego gnojowiska na schorzałych skrzydłach
Moich płonących lotkach, w łubkach i bandażach ze szmat!
(Przeklęte ledwo chciały trzepotać)
Wrzód na wrzodzie na milionie drobnych nakłuć
One wyglądają jak... wyglądają jak...
Długie cienkie czerwone wstążki udrapowane na ramionach małej śmiertelniczki
(Niczym bruk na dnie Piekieł)
Do diabła z tymi obolałymi rzemieniami! Pieprzonymi obszarpańcami!
Wystarczy tego! Wystarczy!
(Jeśli to ma być Niebo, to ja stąd spadam)
Jeśli to ma być Niebo, to ja stąd spadam!
Już dłużej nie wytrzymam w tej starej blaszanej kadzi
Pełnej śmieci i szczurów! Poczułem, jak jeden przelazł mi po duszy
Przez sekundę pomyślałem, że znów jestem na dole w getcie!
(Szczury w Raju! Szczury w Raju!)
Spadam stąd! To jest bunt w Niebie!

Więc urodziłem się...
I wciąż jeszcze się trząsłem, gdy wrzucili mnie do jakiejś lodowatej chrzcielnicy,
Jakbym był jakąś wielką śmierdzącą nieczystością!
Od kościoła nędzy do kościoła nędzy, rozdarłem serce
Przed jakąś tłustą pizdą za zasłonką...
Złe wybałuszone oko przyciśnięte do szpary
Zatrzasnął swoją małą kratkę... a nocą me ciało czerwieniło się
Przy świstach rózgi
Wkrótce, nabierając nieco wprawy, nauczyłem się używać tego na sobie
Kara?! Nagroda!! Kara?! Nagroda!!
Więc przywiązałem się... oparty na łóżku... wbiłem igłę w ramię...
Odwiązałem! Pieprzone skrzydła wystrzeliły mi z pleców
(Zupełnie jakby mi się wyrzynały ząbki!!)
Wzbiłem się w powietrze!!!
(Szczury w Raju! Szczury w Raju!)
To jest bunt w Niebie!

O, Panie, padam na kolana
(Padam na kolana i zaczynam się modlić)
Owijając się kundlowatymi skrzydłami prawie zamarzam
Pośród wyjącej wichury i siekącego deszczu
(Wokół śmieci wzbijają się w górę i latają)
Z Nieba nędzy do miasteczka
Zabieram swój malutki ból i podwijając rękaw...
(Podwijam podwijam podwijam)
Wypuszczam kroplę z żyły! UTOPIA! Spadam stąd! UTOPIA!
Jeśli to ma być Niebo, to ja stąd spadam!
Moja szmatława dusza roi się od pasożytów i wszy
Myśl niczym plaga nachodzi głowę... w domu bożym!
Bunt w Niebie!
(Ars infectio forco Dio!)
Na pohybel!
(Szczury w Raju! Szczury w Raju!)
Spadam stąd!
(Hail Hypuss Dermio Vita Rex!)
Dziura w getcie! Dziura w getcie!
(Scabio Murem per Sanctum... Dio, Dio, Dio)

MOCZARY

Lotne Piaski, jestem w ich uścisku
Lotne Piaski, jestem w ich uścisku
Zanurzony w błocie
Święty patron Bagna.
Przychodzo z butami we krwi
Z widłami i kijami
Wykrzykując me imię
Z pieskami na łańcuchach
Lucy, zawsze bede cie kochał!
Ścigajo mie jak psa,
W głąb Moczarów!

Chodźcie tu oprawcy! Chodźcie łowcy nagród!
Chodźcie wiejskie zabijaki - bo nie moge już dłużej uciekać
Nie moge już dłużej uciekać
Nie moge już dłużej uciekać
Nie moge!
Lucy, nie zobaczysz więcej tej twarzy
Gdy cie złapio to zawiśniesz i spłoniesz...
W głębi Moczarów!

Drzewa okryte welonem mgły
Drzewa okryte welonem mgły
Niczym porzucone panny młode
Załamujo się i płaczo
Wypłakujo łzy na mojo twarz
Wypłakujo łzy na mojo twarz
Łzy pachno jak benzyna
I-i-i-i krzycze-e-e-e
Lucy, zrobiłaś ze mnie grzesznika
A teraz płone jak święty
W głębi Moczarów!

Chodźcie tu oprawcy! Chodźcie łowcy nagród!
Chodźcie wiejskie zabijaki - wiecie, że nie moge już dłużej uciekać
Nie moge już dłużej uciekać

VIXO

Karmiłem Vixo strachami i obawami i fobiami
Aż dłużej nie mogłem już tego wytrzymać
Wyssał kość z kurczaka, wyrzucił w kąt
Wstaje niczym Łazarz, wstaje ze swego łóżeczka
I idzie do drzwi...
Cudowne dziecko tworzy przyjaciela-widmo
Wkładając mu torbę i starego Jack-Jacka
w świerzbiącą dziesiątkę
Och! Nie zwlekaj! Och! Nie zwlekaj!
Moje arcy-potworne-dzieło... moja wspaniała maszyna
do zabijania
Nie zwlekaj, bo czuję jak młodość ze mnie uchodzi
Tak, czuję, jak młodość ze mnie uchodzi

Wołam go. Wołam na niego Vixo. Wołam na niego Vee.
Wołam go i on przychodzi do mnie.
Wołam na niego Vixo. Wołam do siebie
Wchodzi bez wahania w samo jądro strachu
Pójdę za tobą.

Co cię zatrzymało? Co? Co cię zatrzymało?
Masz kłopoty? Coś poszło nie tak?
Vixo, szczerząc zęby, wdrapuje się na moje drobne chłopięce ramiona
Co masz? Powiedz, po co poszedłeś
i co mi przyniosłeś z otchłani?
Tak! Śmiejemy się... lecz nasz śmiech jest płytki
To nie jest śmieszne...
Smutek to moje imię z dzieciństwa.
Vixo wzdycha i kładzie głowę na mojej poduszce.

Wołam go. Wołam na niego Vixo. Wołam na niego Vee.
Wołam go i on przychodzi do mnie.
Vee... Czary-mary... Och-och, popełznij ze mną.
W samo najczarniejsze jądro rozpaczy
Nie opuszczę cię.

Teraz posłuchaj... Wskazówki!
Do rowu. Opuść się. A teraz podciągnij wzdłuż krawędzi
Śmiejesz się pod kołami Szeryfa
Które łoskoczą na moście Hoopera
Wróć okrężną drogą. Wejdź tylnymi schodami. Twoja torba rozpruta.
Nie dotykaj niczego! Woda leci pod prysznicem
Właź tam! Wyszoruj wszystko dokładnie.

Gdy jesteś PORAŻONY jesteś PORAŻONY! Wprawiłeś w nieme zdumienie tysiące świerszczy
Otchłań-Hoopera nagle oziębiona, dokoła cisza, sza
Pod chłodnym słońcem południa
Sza! Mówię Sza! Szaaaaaa!
Siedząc na dachu, śmieję się z siebie
Gdy otaczają kordonem las
Przyglądając się tym wszystkim zacnym ludziom
puszczonym w maliny


WYBRANE JEDNOAKTÓWKI

PIĄTKA GŁUPCÓW

SCENA

Ksiądz, około pięćdziesiątki, w sutannie, twarz pokryta plątaniną głębokich zmarszczek. Nie ma prawej dłoni. Wyjmuje mały toporek i starannie przykręca do mocowania na kikucie. Rozkłada na stole małą, nieco ubrudzoną chustę. Mocno zaciśniętą pięścią uderza w chustę. Przygląda się jej.

KSIĄDZ: [z napięciem] Ukażcie się, tchórze. Zgrzeszyłyście przeciw swemu panu i swemu Bogu i poniesiecie karę.

[Otwiera dłoń, rozwierając szeroko palce - wciąż im się przygląda.]

Ach, moi nikczemni przyjaciele - moja nieszczęsna piątko. Zaprawdę złą bandę tworzycie. Nie sądźcie, że nie znam waszych sztuczek. Rozumiem każdy wasz osobisty problem. Rozumiem dobrze. To towarzystwo pozostałych - psujecie się nawzajem. Myślałem, że dostałyście lekcję, którą popamiętacie, ale teraz naprawdę posunęłyście się za daleko. Nie ma odwrotu. Dałem przykład, karząc waszych kolegów. [Pociera kikut u podstawy toporka.] Ale byłyście ślepe - zbyt pochłonięte swoimi głosami. Więc posłuchajcie mnie teraz... ZAPŁACICIE. Teraz już nie ma przebaczenia, mój drżący kwintecie.

[Podnosi toporek]

ODWAGI!!

[Uderza, odrąbując pierwszy palec.]

Pierwszy za WINĘ! Wskazujący - potępiający. Jesteś wolny - arogancki oskarżycielu, nigdy więcej już nie zepchniesz mnie w nieuchronny kąt winy. Nigdy więcej już nie wytkniesz mi nikczemności i winy, nie zmusisz do dźwigania całego tego ciężaru ludzkiej odpowiedzialności. Nigdy już nie będziesz mi groził w chwilach cierpienia, nigdy. Nie, nigdy.

[Opuszcza toporek i z głuchym łupnięciem obcina drugi palec.]

To za szkołę nieszczęść - pionowa belko - główny pniu krzyża - podporo życia i olbrzymie. Idź z Bogiem, odebrałeś okrutną lekcję. Diabelską lekcję życia.
Życie nareszcie pozbyło się ciebie, tak, SZKOŁO NIESZCZĘŚĆ - wojenny podżegaczu i zboczeńcu. Odejdź - mówię. Będziesz mnie prześladował nawet w chwili śmierci.

[Ze straszliwym grymasem odcina trzeci.]

Oto BELKA KRZYŻA poplamiona karmazynowo krwią oszustwa i fałszu. To święta podpora. Oto kościół z kamienia, bezcielesny, bezduszny i cichy. Wiele razy me wargi marzły na twych ścianach, me stopy przymarzały do twych podłóg. Bądź przeklęty, zimny gmachu - opuszczaj to nędzne towarzystwo.

[Ponownie unosi ramię.]

I na koniec KARZEŁ.

[I ponownie opuszcza toporek]

Ten ostatni to za POŻĄDANIE - zmiażdżony, za karłowatą żądzę. Ekskomunikować karła. Zburzyć mur między nożem a ciałem. Idźcie precz, moce, które mnie powstrzymujecie... TERAZ MOGĘ SOBIE POFOLGOWAĆ. TERAZ MOGĘ SIĘ TARZAĆ.

[Podnosi krwawiący kikut to twarzy.]

Kciuk pozostanie, bym mógł potępiać, ostrzegać, karać, gnębić, gwałcić - krótko mówiąc, przebijać O.

[Mdleje.]

KURTYNA

POGOTOWIE 23:45

Pogotowie przy szpitalu Gwiazdy Betlejemskiej w sobotnią noc. Zegar na ścianie wskazuje 23:45. Nie najgorsza noc. Powiedzmy od piętnastu kończyn do pół tuzina pacjentów. Protagonista. Z owiniętej bandażem głowy wytryskują ogromne ilości krwi. Sterylne białe światło iluminuje akcję przez jakieś cztery litry. Nasz bohater ciężko upada do przodu. Pielęgniarki chodzą w tę i z powrotem, buty piszczą, pośladki ściśnięte - są zajęte. Bardzo zajęte.

KURTYNA

MAINE KELLY (I JA PODCZAS POPIJAWY)

SCENA

Akcja rozgrywa się w pojedynczym wagonie, pustym z wyjątkiem gnijącej słomy, much mięsnych itd., na cmentarzu pociągów. JA [śmierdzący czarny garnitur, czarne okulary przeciwsłoneczne na wstążce, wielki zniekształcony kapelusz] siedzę pijany, ściskając gównianą dwustrunową gitarę, opowiadając wspomnienia dwu innym nędzarzom. Brzdękam dla wyrażenia nacisku.

JA: [Przez powybijane zęby] Tera chce opowiedzieć wam o Maine'ie... Maine'ie Kelly i o mnie podczas popijawy. [Brzdęk] Był wielkim człowiekiem... Wielkie ramiona, wielkie rence, wielki łep i jedno wielkie wspaniałe serce. Tak, byliśmy parom niezłych rozrabiaków podczas tej piekielnej popijawy. Napieprzał i tłukł łby jakby nie miał zamiaru wracać do domu. Ssąco-żłopiące jebaki my byli, chlając jakieś sikacze. [Brzdęk] Taa... i powiem wam coś, Maine Kelly to był ogromny pieprzony grizzly... ten sukinsyn mógł wypieprzyć wszystkie Maryśki w miasteczku i jeszcze zachować coś dla Mamuśki. [Pauza] Tak, wiem, co myślicie. Wiem... To był świat dla mężczyzny, mężczyzny, świat dla mężczyzny... i Sally pompowała piwo i Nancy dawała dupy i przyszła niedziela po tygodniu czterdziestu dni i czterdziestu nocy, i myślicie, że byliśmy totalnie zjebani? Wybebeszeni i zdechli? Zaruchani na śmierć?? Co? NIE, KURWA!! Maine Kelly i ja byliśmy wciąż zawadiackimi draniami o żelaznych bebechach, żądnymi cip skurwysynami i ślicznymi kwiatuszkami jakimi zawsze my byli. [Brzdęk]

Dwaj nieszczęśnicy podnoszą się i zaczynają kopać mnie do utraty przytomności. Roztrzaskują przy okazji gitarę...

KURTYNA

SERCA ZE ŚMIETNIKA

SCENA

Oparci o duży pojemnik na śmieci, kolano między jej nogami, wciąga głęboki oddech. Śmieci i jej uniform. Wkłada fiuta tam, gdzie poprzednio było kolano; koniuszek wchodzi w kontakt. Skóra zbiera się jej pod paznokciami, gdy wprowadza go do garażu. Wielokrotne uderzenia jej czaszki o pojemnik wystukują rytm namiętności. Spuszcza się.

DZIEWCZYNA: [Odsuwając się] Jestem spóźniona do pracy i jestem kelnerką w zajezdni ciężarówek. A ty co robisz?

CHŁOPAK: [W niebieskich jeansach i t-shircie, obraca twarz do światła]
Nic.

ZCIEMNIENIE

ZŁOTY-RÓG-HULIGAN

SCENA

Pojedynczy reflektor oświetla ZŁOTY-RÓG-HULIGANA, który siedzi na masce wielkiej-złotej-podrasowanej-bryki. Ubrany jest w skórzany kombinezon, który jest atramentowo granatowy, co służy zasianiu ziarna smutku w sercach publiczności i wprowadzeniu w mającą się rozegrać tragedię. ZŁOTY-RÓG-HULIGAN gapi się w przestrzeń, dźwigając na barkach ciężar świata. Pozostaje w tej pozycji przez jakiś czas, a potem powoli podnosi głowę.

ZŁOTY-RÓG-HULIGAN: Jestem Złoty-Róg-Huligan. [Miele słowa w ustach] Złoty... Róg... Huligan: ... Mam dziewczynę, najlepszą na torze, ciemne oczy i sweter z napisem Złoty-Róg-Huligan i czerwona sukienka, która robi szu-szu, gdy ona idzie i mam Papieża-Panterę, mój samochód, najszybszy i najsmuklejszy w okolicy i mam kredens pełen pucharów, złotych pucharów, którym zawdzięczam swoje imię i dumny-dumny krok i mam forsę, tak, forsę, którą mogę palić i wszystko... wszystko [miękko]... wszystko. [Wstaje i zaczyna chodzić dokoła samochodu] Od dziesięciu lat jeżdżę ciężko, naprawdę ciężko dokoła toru, tysiące tysięcy razy, w kółko i w kółko. Na początku koło wydawało się tak wielkie, chorągiewka opadała i wydawało się, że mija wieczność, zanim zrobię całe okrążenie, lecz szybkość się zwiększała i koło malało i wygrywałem i brałem forsę i moje samochody były coraz lepsze i potem dostałem Papieża-Panterę, najlepszy z nich, i za każdym razem, gdy jadę [pauza] koło maleje [pauza]. Lecz teraz coś czuję, coś dziwnego, gdy jadę po tym kole... gorący oddech na moim karku, za każdym razem gorętszy i głos z tym ogniem mówiący oddechami, które wypalają mi skórę, mówiący „LEĆ”... a może „ŚMIERĆ” i czasami słyszę „GOŃ”, a potem brzmi to jak „PŁOŃ”, albo „DO DECHY GAZ”, które zmienia się w „OSTATNI RAZ” i staje się „ZŁOTY-ROGU-HULIGANIE... TO TWÓJ OSTATNI RAZ” [stoi milcząc, głowa pochylona naprzeciw samochodu przez kilka sekund, potem powoli unosi ją] a... koła... maleją... i maleją... i oddechy coraz gorętsze... gorętsze... i wydaje mi się w końcu, że samochód wiruje... wiruje dokoła... wiruje wokół własnej osi... coraz szybciej i szybciej i moja skóra rozpala się do czerwoności i potem dymi i wybucha płomieniami, aż w końcu Złoty-Róg-Hulgan i Papież-Pantera stają się jedną wirującą kulą płomieni... niczym bąk, który eksplodował ogniem... [Zatrzymuje się i zasiada w pierwotnej pozycji na masce Papieża-Pantery. Opuszcza głowę w dłonie na kilka chwil, a potem podnosi twarz, tak że światło pada na nią.] Buuuum!!... niczym bąk...

KURTYNA

GORĄCZKA-AMERYKAŃSKIEJ-SZOSY

SCENA

Odgłosy samochodów w tle. Dwóch mężczyzn w czerwonych skórach stoi nieco na lewo od środka sceny. Jeden spokojnie zapina hełm, podczas gdy drugi, denerwując się i pocąc, ściska swój w dłoniach. Stoją tak przez... powiedzmy... jedną pełną napięcia minutę.

EX-WALENTY: [nagle, nerwowo] Nie mogę się ścigać, Chassey, nie mogę, po prostu nie mogę!!

CHASSEY: [powoli] Pierdol się, ex-Walenty, ty zapiździały dupku, załóż ten zapiździały kask na łeb.

EX-WALENTY: Chassey! Boję się. Widzę koła obracające się... płonące... w ogniu! Widzę krwawe szachownice chorągiewek! Boję się... Chassey... boję... śni... śni... śniło mi się...

CHASSEY: [powoli] Pierdol się, ex-Walenty, ty zapiździały dupku, załóż ten zapiździały kask na łeb. Powiedziałem ci.

EX-WALENTY: [histerycznie] Chassey... ja chyba mam Gorączkę-Amerykańskiej-Szo...

[CHASSEY staje się gwałtowny i mocno uderza EX-WALENTEGO w twarz, powala na ziemię - łapie za kołnierz.]

CHASSEY: [gwałtownie] Żaden piździelec nie powtórzy tego więcej przy mnie. Pamiętasz Złoma? Największego kierowcę Amerykańskiej Szosy? Teraz zapiździale-śmierdząco-ujebany-smarem-zapierdala pod gruchotami za dwadzieścia papierów na dzień - nie ty - Ex-Walenty - ty nie masz - nie jak zapiździały-Złom - ty nie masz tego - ty nie masz zapiździałej-Gorączki-Amerykańskiej-Szosy-w-pizdu. [Światła]

KURTYNA


SALOME

Siedem zasłon
Dialog z Chrzcicielem
Nagroda Salome
Cięcie
Taca

Młoda dziewczyna wchodzi na scenę i staje pośrodku/z przodu.

WESTALKA: [Twarz bez wyrazu] Historia Salome i Jana Chrzciciela w pięciu częściach. Obejrzyjcie tę plątaninę cierni.

SIEDEM ZASŁON

Arabskie zawodzenia i dzwonki.
Wszystkie rekwizyty, korona, tron, itp. muszą wyglądać tak, jakby były zrobione przez dzieci. KRÓL HEROD siedzi na tronie nieco na lewo od środka, spoglądając zalotnie na przygnębioną SALOME, która dąsa się i wzdycha, pozwalając swemu niebiańskiemu ciału zdobywczo podążać za serpentynami rytmów w sposób okrutnie podniecający. Jej poślizgnięcia, wzruszenia ramion i nagłe spazmy stanowią okrutną próbę dla antycznego, acz odpicowanego Króla. Salome jest znudzona i ta tortura sprawia jej pewną przyjemność.

KRÓL HEROD: Cóż cię trapi, ma kochana Salome? Co się stało, że spuściłaś ten śliczny nosek na kwintę? Trzeba ci trochę rozrywki. Zatańcz dla mnie, różyczko. Twój Król jest stary i niewiele ma przyjemności u schyłku swych lat. Zatańcz dla swojego Króla i rozjaśnij kącik starca swym młodzieńczym blaskiem. Chodź, kwiatuszku, zatańcz, a otrzymasz nagrodę.
SALOME: [z kwaśną miną] Nagrodę?
Jeśli taka jest twa wola, mój Królu.
Muzyka! Wprowadźmy trochę życia!
Wasza Wysokość, „Taniec Siedmiu Zasłon”

Muzyka pulsuje i wije się, lecz Salome pozostaje nieruchoma, twarzą zwrócona do Heroda.
Zdejmuje, jedną po drugiej, zasłony owinięte wokół ciała. Jej włosy są niczym płynne złoto. Wargi nabrzmiałe i błyszczące jak cięte rubiny. Zęby jak perły. Piersi to pagórki miodowego piasku.
Pipę osłania delikatna koronka.

KRÓL HEROD: [podniecający się coraz bardziej] Pierwsza!... och! spójrzcie, jak trzepocząc wypada z jej dłoni. Druga!... ooch! opada jak umierający ptak... TRZECIA!... O, śliczna Salome, kocham cię... Och! teraz CZWARTA!... spójrzcie, jaką burzę zasłony rozpętują na podłodze, a jednak ich brak obnaża tak nieruchome i spokojne ciało... PIĄTA!... och, jak me serce wali dla ciebie. Tego, co ty tworzysz swoimi siedmioma zasłonami, Bóg, trzeszcząc w szwach, nie zdołałby dokonać w ciągu siedmiu dni. Och... SZÓSTA!! [Herod chwyta się boleśnie za serce i upada.]

Wchodzi Jan Chrzciciel w sierści wielbłądziej.

JAN CHRZCICIEL: Co to za rozpusta?

SALOME: [wołając za kulisy] Straże, brać go! Brać Chrzciciela!

ZCIEMNIENIE

WESTALKA wchodzi i zapowiada sztukę następująco:

WESTALKA: [twarz bez wyrazu] Sztuka numer dwa zatytułowana jest „Dialog z Chrzcicielem”. [Wycofuje się w głąb do samego rogu i obserwuje.]

DIALOG Z CHRZCICIELEM

Masywna drewniana klatka z drucianą siatką z przodu więzi JANA CHRZCICIELA niczym zwierzę. SALOME siedzi na skrzyni, machając długą, jasną i nagą nogą przed klatką. Jedna jej ręka wślizguje się pod szatę, podczas gdy druga trzyma wielkie jabłko, które Salome je. Paznokcie u nóg pomalowane są krwisto. Salome robi sobie dobrze.

JAN CHRZCICIEL: Ja, Jan Chrzciciel, nawet zamknięty w klatce jak pies, nie pełzam w takim gnoju jak ty, Salome. Jesteś grzechem. Lucyfer, czarny anioł, strzeże cię, wiedząc, że któregoś dnia cię dostanie. Jesteś nikczemna i nosisz jego znamię. Ukórz się lub cierp męki zbyt straszliwe, by je opisać.

SALOME: Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, nadęty dupku, to nie na długo starczy ci tego mocnego łba! [Śmieje się.]

JAN CHRZCICIEL: Ja, Jan Chrzciciel, ściśnięty nieszczęściem i żelazem, jak pies trzymany w klatce, nigdy nie zaznam takich mąk, jakich ty zaznasz któregoś dnia, Salome. Kazirodcze nasienie, jesteś przeklęta na wieki. Tak niegodziwa, że grób cię nie przyjmie. Tak niegodziwa, że grób cię nie przyjmie. Nie ma dla ciebie odkupienia! Naznaczona diabelską krwią, rządzona przez księżyc! O piekielna lisico! O przewrotna płci!

SALOME: Oczyść mnie, Chrzcicielu. Zdejmij ze mnie to jarzmo, ten księżyc, którego jestem niewolnicą, tego straszliwego Imperatora mojego ciała. Jego nastroje, jego pory. Jestem kobietą. Obmyj mnie. Wymyj wszystko, co piękne. Oczyść mnie, Chrzcicielu, swą wodą.

Księżyc ukazuje się nad nimi. Jest złotą tacą.

JAN CHRZCICIEL: Idź precz, Szatanie!
Jeden kosmyk twych włosów mógłby zanieczyścić świętą rzekę Jordan. Czy to ty zanurzyłaś swą stopę w tym, co teraz nazywają MORZEM MARTWYM?
Wolałbym raczej cierpieć w wiecznych ciemnościach, pośród robactwa, niż zrobić pośmiewisko ze świętej tajemnicy chrztu.

SALOME: Rób jak uważasz, wypierdku!

Księżyc schodzi niżej, wydaje się wisieć tuż za i nad głową Salome.

Spójrz, Chrzcicielu. Księżyc uświęca mnie. Wisi za moją koroną loków jak aureola.

ZCIEMNIENIE

WESTALKA: Sztuka numer trzy jest zatytułowana „Nagroda Salome”.

NAGRODA SALOME

Pojedynczy reflektor oświetla SALOME na środku sceny.

SALOME: [Złośliwym szeptem] Moje usta proszą o nią. Moje serce pragnie jej! Moja cipa tęskni za nią!! Księżyc, z kolei, domaga się jej. GŁOWY JANA CH.!!

ZCIEMNIENIE

WESTALKA: Czwarta sztuka zatytułowana jest „Cięcie”. [Wycofuje się; roztargniona robi sobie dobrze, przyglądając się dalej.]

CIĘCIE

Jak na pamiętnym obrazie Puvisa de Chavannes scena jest następująca:
(od lewej do prawej) MURZYN z toporem; JAN CHRZCICIEL klęczący z zawiązanymi rękoma; SALOME, ręka pilnie pracująca pomiędzy lukrowymi udami.

JAN CHRZCICIEL: Całe Niebo i Piekło patrzą teraz, przeklęta. Aniołowie nadmuchują dla mnie chmury, pogrzebacz przygotowuje piec dla ciebie! [Spogląda w niebo.] Jestem gotów, Panie!

SALOME: [U szczytu ekstazy] ... Ja też jestem! Niech opadnie topór i uciszy tego pieprzonego świętoszka!

JAN CHRZCICIEL: Odchodzę do mego Boga. Chociaż wąska jest brama, on mnie poprowadzi.

Księżyc migocze i krew spływa po wewnętrznej stronie sukni SALOME.

Zciemnienie wraz z opadającym toporem.

WESTALKA: Ostatnia sztuka zatytułowana jest „Taca”.

KRÓL HEROD, przychodzący do siebie po zawale, na tronie z wielkim kawałkiem kurczaka w dłoni.
Wchodzi MURZYN z głową JANA CHRZCICIELA na tacy. Głowa musi być nieskończenie zakrwawiona itd. HEROD wzdryga się przerażony.

KRÓL HEROD: [Chwytając się za chore serce] Co... co to jest!?

MURZYN: To jest, mój najmiłościwszy panie, głowa Jana Chrzciciela... minus język, który Salome zażądała dla siebie. Kazała poinformować cię, że możesz zjeść głowę, ale ona musi nauczyć swoją cipę dobrze gadać.

Pauza.
Dziewczę jeszcze niedojrzałe wchodzi; jest naga, lecz pokryta krwawymi odciskami dłoni.

DZIEWCZĘ: [Twarz bez wyrazu] Koniec.

ZCIEMNIENIE


OD NIEJ DO WIECZNOŚCI

OD NIEJ DO WIECZNOŚCI

Chcę opowiedzieć wam o pewnej dziewczynie
Wiecie, mieszka w pokoju 29
Dlaczego? To pokój dokładnie nade mną
Zaczynam płakać, zaczynam płakać
I słyszę, jak chodzi
Chodzi boso po deskach podłogi
Podczas tej nocy samotności
I słyszę, że ona również płacze
Gorące łzy rozpryskują się na podłodze
Spływają przez szczeliny
Prosto na moją twarz, chwytam je w usta!
Chodzi i Płacze, Chodzi i Płacze-e-e!!
Od niej do wieczności
Od niej do wieczności
Od niej do wieczności

Czytałem pamiętnik na jej pościeli
Oglądając dokładnie każdy kawałek brudu.
Wyrwałem stronicę i wcisnąłem ją za koszulę
Uciekłem oknem
Zjeżdżając po winorośli
Z jej koszmaru z powrotem w mój.
Mój! O, mój!
Od niej do wieczności
Od niej do wieczności
Od niej do wieczności
Płacz! Płacz! Płacz!
Założę się, że ma na sobie te niebieskie pończochy!
A ja stoję tu z uchem przytkniętym do sufitu
Słuchajcie, wiem, że to musi brzmieć absurdalnie
Ale to najbardziej melancholijny dźwięk
Jaki kiedykolwiek słyszałem!
Chodzi i Płacze! Klęka i Płacze!
Od niej do wieczności
Od niej do wieczności.

Powiedzcie dlaczego? dlaczego? dlaczego?
Dlaczego sufit się trzęsie?
Dlaczego meble zmieniają się w węże i żmije?
Ta żądza, by ją posiąść to jest rana
Która piekli się jak jędza
Lecz wiem, że jeśli ją posiądę
To już nie będę jej pożądał
O, O, O, a wtedy, wtedy ta dziewczynka będzie musiała odejść!
Odejść! Odejść! Do wieczności.

SKRZYDŁA MUCH

Kocha, nie kocha
Kocha, nie kocha.

Spędziłem siedem dni i siedem nocy
Próbując utopić się w tej solance
Nie rozwieraj swoich śluz łez
Bo mam na ramionach pływaki, wiesz?!
Owady popełniają samobójstwa na moim oknie
I serdecznie współczuję tym biednym muszkom
Słyszę w uchu brzęczenie
Lecz to bardziej z powodu jej szantażu, scen, Szekspira i kłamstw.
Wyrywam skrzydła muchom
Kocha, nie kocha
O, O O O och, nie kocha!

Panie, odkryłem przepis na Niebo
Należy wziąć samotność, wymieszać ze świętością i ciszą
A potem upiec!
Słuchajcie, przyznaję się do grzechu mizantropii
Więc powieście mnie! Będę wam wdzięczny!
Zobaczcie jak z butami wlazła do mojego małego piekła
Ze swym sprośnym tete-a-tete
Jeśli chcesz ze mną rozmawiać o miłości i bólu
To skontaktuj się z moim wrzodem, na pewno będzie chętny do współpracy.
Wyrywam skrzydła muchom
Kocha, nie kocha
Hej Joe, nalej jeszcze jednego.

Czas zagasić ten nasz ogień, popioły zatrzymaj dla siebie
Więc do widzenia, do widzenia, ślepa Gienia!
Ja będę tym, kto nie potrzebuje nikogo
W tym najgłębszym, najstraszniejszym...
Nalej do pełna, Joe...
Hej! Wielkie dzięki! WIELKIE DZIĘKI!
Wyrywam skrzydła muchom
Kocha, nie kocha.

SKRZYNIA DLA CZARNEGO PAULA

Kto zbije skrzynię dla Czarnego Paula?
Dopytuję się w imieniu jego duszy.
Będę wam wszystkim wdzięczny
Za każdą informację, jakąkolwiek wskazówkę
Kto wykopie dół.

A kiedy już splądrujecie jego pokój,
Łapiąc wszystko, co się błyszczy,
Wyrzućcie wszystkie śmieci na ulicę,
Wszystkie jego książki i notatki,
Wszystkie książki i notatki i te bzdury, które pisał,
Puśćcie cały ten pieprzony dobytek z dymem.
Czy nie ma już dla was żadnej świętości?
Kto zbije skrzynię dla Czarnego Paula?

Hałasują swoimi pistoletami,
I hałasują swoimi gębami,
Krzycząc „Pieprz się... i giń!”
(Lecz zobaczcie jak szczur strachu przemyka przez ich czaszki)
„Przykryjcie to oko!” „Przykryjcie to nieruchome oko!”
Czarna kukiełko leżąca pod ścianą kamienowania
Idź spać, zakrwawiona kukiełko, Mama już nie będzie cię karcić
Armie mrówek brodzą w górę cienkich czerwonych strumyków
Ciągną do samego źródła
O Boże, jakże to okrutne! A to jeszcze ciepłe!
A niektóre z tych mrówek po prostu krzepną na miejscu.
Kto pierwszy rzucił kamień w Czarnego Paula?

„Nie pytaj nas” mówią krytycy i pismaki
Urzędasy i konowały
„Myśmy tylko pszyszli zebrać fuckty!!”
„Myśmy tylko pszyszli zebrać fuckty!!”

Oto młotek, który zbił szubienicę
I zbił skrzynię,
Oto szpadel, który wykopał dół
W tej skalistej ziemi
A oto i stos kamieni!
I za każdy postawiony kamień,
Wyrosła krwawa róża...

To są prawdziwie Demoniczne-Kwiaty!
To są prawdziwie Demoniczne-Kwiaty!
Cofnijcie się wszyscy! Czarną krwią skalani wszyscy!

Kto zbije skrzynię dla Czarnego Paula?
Kto zaniesie ją na wzgórze?

„Ja nie” powiedziała wdowa, poprawiając woalkę
„Nie będę wbijała gwoździa,
Ani wiozła jego kukiełkowego ciała do domu
Bo robiłam to już tysiąc razy
Tak! tysiąc razy lub więcej,
I dlaczego miałabym ubierać go w szmaty?
Kiedy on moje ubranie zeszmacał, noc w noc,
Rzucając na podłogę?”

Kto zbije skrzynię dla Czarnego Paula?
I kto zaniesie ją na wzgórze?
Kto pogrzebie go w czarnej ziemi?

Z lasów i chaszczy
Wychodzą duchy jego ofiar
„Kochamy cię!”
„I ja cię kocham!”
„To wcale nie będzie bolało,
Pójdziemy razem w górę, górę, górę, w Śmierć
W górę, górę, górę. Zachłyśniemy się jej dechem!
Och O, Śmierć sprzyja tym, którzy sprzyjają Śmierci”.

Oto i kamień i inskrypcja na nim:
„Poniżej leży Czarny Paul, pod tym, co wysokie
Lecz powyżej i nad powierzchnią wszystko jest niewzruszone”.

I wszyscy aniołowie się zlatują
I wszyscy mężczyźni i kobiety tłoczą dokoła
I wszystkie wdowy szlochające w spódnice
I wszystkie dziewczynki i chłopcy
I wszystkie pismaki z zatrutymi piórami
Cały ten piekielny zgiełk i hałas
Cały ten piekielny zgiełk i cały ten hałas

Czarny Paul oczyszcza gardło z czarnej krwi
I śpiewa głosem samotnego chłopca...

Wypłakałem tysiąc łez
Wypłakałem tysiąc łez, to prawda
I w następną deszczową noc wiedz,
Że wciąż wypłakuję je za ciebie.

Miałem kiedyś dziewczynę, była tak słodka
Czerwona sukienka i długie rude włosy
I niebo nie jest niebem
Bez tej dziewczynki przy mnie.

Wiecie, że byłem złym człowiekiem
Na Boga, uczyniłem też kilka dobrych rzeczy
Lecz wyznam wam, że moja dusza nie spocznie,
Jeśli, jeśli nie zbijecie,
Jeśli nie zbijecie skrzyni również dla mojej dziewczyny


PIERWORODNY NIE ŻYJE

TUPELO

O spójrzcie tam!
O spójrzcie tam!
O spójrzcie tam!
Ta wielka czarna chmura!
Zbliża się do Tupelo. Zbliża się do Tupelo.

Tam na horyzoncie
Stanęła przy potężnej rzece i
Wyssała przeklętą do sucha
Tupelo-o-o, O Tupelo
W dolinie kryje się miasteczko zwane Tupelo.

Dudni grzmot w oddali.
Dudni głodny niczym Bestia.
Bestia się zbliża, zbliża się
Oo oo o-o-o. Ku Tupelo.
Tupelo-o-o, tak Tupelo
Bestia się zbliża ku Tupelo.

Czemu kura nie złoży jaja
Ani kur nie zapieje
Szaleje wystraszony kuc
Boże dopomóż Tupelo, Boże dopomóż Tupelo!

Rzec można, że te ulice to rzeki
Można nazwać te rzeki ulicami
Można sobie powiedzieć, że się śni, bracie
Lecz sen nie sięga tak głęboko.
Kobiety przy oknach,
Deszcz tłucze o szyby
Na szronie wypisuje hańbę Tupelo
Hańbę Tupelo
Boże dopomóż Tupelo, Boże dopomóż Tupelo!

O, idźcie spać, malutkie dzieci
Piaskowy Dziadek już idzie
Idźcie spać, me dzieciątka
Piaskowy Dziadek już idzie
Lecz małe dzieci wiedzą
Wsłuchują się w pulsowanie własnej krwi
Wsłuchują się w pulsowanie własnej krwi
Błoto Piaskowego Dziadka!
Błoto Piaskowego Dziadka!
I spada czarny deszcz.
Woda, woda, wszędzie woda
Tu ptak nie wzleci, nie popłynie ryba
Nie popłynie ryba
Póki nie narodzi się Król!
Póki nie narodzi się Król!
W Tupelo! Tupelo-o-o!
Póki w Tupelo nie narodzi się Król!

Chata z klepek i dach z blachy
Deszcz łomocze i przecieka
Młoda matka zmarznięta na betonie
Z butelką i pudełkiem i kolebką ze słomy
Tupelo-o-o! O Tupelo!
Z butelką i zawiniątkiem i kolebką ze słomy

Dar soboty kradnie niedziela
Dziecko się rodzi chwytając pięt brata
W niedzielny poranek pierworodny nie żyje
W pudełku po butach czerwoną wstążką związanym
Tupelo-o-o! Hej Tupelo!
W pudełku po butach z czerwoną wstążką pogrzebany.

Mamo, kołysz swe maleństwo,
Kołysz swą dziecinę.
Mamo, kołysz swe maleństwo
Boże dopomóż Tupelo! Boże dopomóż Tupelo!
Mamo, kołysz swe maleństwo
Maleństwo podepcze Tupelo
Tupelo-o-o! Tak Tupelo!
Poniesie brzemię Tupelo
Tupelo-o-o! O Tupelo!
Tak! Król podepcze Tupelo
Tupelo-o-o! O Tupelo!
Wyniósł brzemię z Tupelo!
Tupelo-o-o! Hej, Tupelo!
Co zasialiście, to zbierzecie!

KRÓL CZARNYCH KRUKÓW

Mmmmm Mmmmmm Mmmmm
Jestem królem czarnych kruków
Mmmmmmm Mmmmm Mmmmmmm
Jestem królem czarnych kruków
Strażnikiem rozkołysanej kukurydzy
Bum! Bum! Bum! Bum!
Wszystkie młotki rozmawiają
Wszystkie gwoździe śpiewają
Tak słodko i cicho.

Usłyszysz to w dolinie
Gdzie mieszkają kulawi i ślepi
Z samego dna wspinają się na wzgórze
Odchodzą w podłych czarnych butach.

„Wykonałem prosty gest
Skoczyli i przybili go do mego cienia
Mój gest był łotrem
Wiesz, mój cień jest zrobiony z drewna.”

A ta burza się przewala
A ta burza się przewala
Przewala po mnie

A ja wciąż tkwię w tym miejscu, mimo iż wszyscy odeszli
A ja wciąż tkwię w tym miejscu, mimo iż wszyscy odeszli
A ja wciąż tu tkwię i zostałem sam
Czarne ptaki odleciały!
Wszyscy się wynieśli!

Jestem królem czarnych kruków
Strażnikiem rozgniecionej kukurydzy
Jestem królem czarnych kruków
Nie powtórzę tego więcej.
A deszcz lał codziennie
I okrycie ze mnie zmył
Oddaję swe ramiona towarzystwu kruków

Jestem królem czarnych kruków
Nie powtórzę tego więcej
I wszystkie ciernie koronują króla,
Rubin na każdym kolcu,
I włócznie już szybują
O mój Boże.

A burza się przewala
Burza się przewala
Przewala po mnie

A ja wciąż się tutaj kręcę, mimo iż wszyscy odeszli
Wciąż tkwię w tym miejscu, mimo iż wszyscy odeszli
Wciąż tkwię w tym miejscu i zostałem sam
Te czarne ptaszyska odleciały i zostałem sam

Jestem królem czarnych kruków
Strażnikiem zapomnianej kukurydzy
Królem! Królem!
Jestem królem absolutnie niczego.
Młotki rozmawiają
Gwoździe śpiewają
Ciernie koronują go
Włócznie szybują
Kruki drwią
Kukurydza się kołysze
Burza się przewala
Burza się przewala
Burza się przewala
Burza się przewala
Burza się przewala
Przewala po mnie
Przewala po mnie
Przewala po mnie


TWÓJ POGRZEB, MÓJ PROCES

KRUCZA JANE

Kru-u-u-u-u-ucza Jane
Kru-u-u-u-u-ucza Jane
Okropności w jej głowie
Język nie śmie ich wysłowić
Mieszkała przy rzece
Wezbranej rzece bólu

Świecące oko na górniczym kasku
Kompania zamknęła kopalnię
Z migoczącą wodą przyszli
Dwadzieścia kasków, dwadzieścia oczu
W jej wilgotnej chacie z klepek
Tylko sześć stóp na pięć
Obalili całą jej wódkę
Rozładowali swe pistolety do sucha

Kru-u-u-u-u-ucza Jane
Kru-u-u-u-u-ucza Jane
Zdaje się, że zapamiętałaś
Jak się zasypia, jak się zasypia
Psy podwórzowe w twojej rzepie
Psy stajenne na gnoju

„O Panie Smith i Panie Wesson
Czemu tak późno sklep zamykacie?”
„Właśnie uzbroiliśmy dziewczynę, co wyglądała jak ptak
Mierzyła .32, .44, .38.
Pytaliśmy, w jaką drogę się udaje
Powiedziała, że kroczy drogą nienawiści”.
Lecz wskoczyła na wagonik węglowy do New Haven
Populacja: czterdzieści osiem.

Kru-u-u-u-u-ucza Jane
Kru-u-u-u-u-ucza Jane
Twoi rewolwerowcy są pijani i płaczą
Idą za tobą aż do furtki
A ty roześmiana powracasz do domu z New Haven
Populacja: dwadzieścia osiem.

SMUTNE WODY

Spoglądam na drogę, tam biegnie Mary*
Włosy złociste i usta jak wiśnie
Idziemy nad rzekę do płaczących wierzb,
Siadamy na nagim korzeniu
Co wychylił się z poszarpanego gruntu
Przykuty do ziemi zwojami pnącza.
O, Mary, uwiodłaś moją duszę
(I już nie wiem, co dobre, a co złe)
Wieczny więzień twego dziecięcego świata

A potem przejechałem sercem mojego kubka
Po więzieniu jej żeber
I z falującymi lokami**
Dziewczynka weszła do wody,
Podwijając sukienkę powyżej kolan
I zmieniła tę wodę w wino
Potem splotła w warkocze winorośl wierzby

Mary roześmiana przy brzegu
Tam gdzie przemykają karpie
Wystraszone nagłym cieniem
Rzuconym przez nią na te smutne wody
Na te smutne wody i na moje serce.

* W rękopisie: Idziemy drogą z moją słodką Mary
** W rękopisie: I wyrywając mi się ze śmiechem

CYRKOWIEC

I nikt nie widział, by cyrkowiec wychodził
I tygodnie płynęły
Aż w końcu ruszyli z cyrkiem dalej
Zostawiając za sobą jego wóz.
Stał na południowo-wschodnim zboczu
I gdy trupa przekraczała most
Z pierwszym deszczem wypełniającym suche koryto rzeki
On błyszczał, tam właśnie, na krawędzi.

Chłopiec-pies, Atlas, Półczłowiek, Odgryzacze głów, najemnicy,
Nie było wśród nich nikogo, kto by nie rzucił okiem za siebie
W nadziei, że cyrkowiec powróci do swoich.

I cyrkowiec miał konia, skóra i kości,
Garbatego kuca, którego nazywał Smutek.
Teraz pogrzebany w płytkim grobie
Na poprzednio wyschniętej łące.

I to właśnie karłom dano zadanie wykopania rowu
I złożenia ścierwa kuca w ziemi,
I Szef Bellini, wymachując dymiącym pistoletem
Krzyczy „Kuc jest już tylko padliną
Nie możemy wieźć ze sobą martwego ciężaru”.
Cała trupa stoi dokoła,
Nie odzywając się ani słowem,
I zwracając się do karłów opartych o furtkę
Szef mówi „Pogrzebcie tę wielką przynętę na kruki”.

A potem deszcz spadł z łomotem
Wszyscy uciekają do wozów
Przywiązując brezentowe płachty.
Parszywe koty prychające w klatkach.
Dziewczyna-Ptak trzepocząca się i skrzecząca.

Cała dolina śmierdząca mokrą bestią
Mokrą bestią i zgniłym sianem
Zwierzęta i dziwolągi spakowane i wyruszające w drogę

Trzy karły patrzą w tył ze swojego wozu.
Mojżesz mówi do Noego „Powinniśmy byli wykopać głębszy”
Ich szare twarze jak umierające księżyce
Jeszcze brudne po kopaniu.

I gdy trupa wyjeżdżała z doliny
W wyższe tereny
Deszcz tłukł w zbocze i w łąkę
I w kopiec
Aż nic nie zostało, nic a nic
Oprócz ciała Smutka
Które wypłynęło
I unosiło się na powierzchni poszarpanej ziemi.

I mordercze kruki krążyły dokoła
Najpierw jeden, potem reszta, czarnym trzepotem zlatując w dół.

A wóz cyrkowca wciąż stał na krawędzi
Przechylając się powoli, gdy twardy grunt zmieniał się w błoto.

A deszcz wciąż tłukł.

I nikt nie widział, by cyrkowiec wychodził
To bardzo śmieszne, jak rzeczy się toczą.

HOTEL BOGA

Każdy ma pokój
Każdy ma pokój
Każdy ma pokój
W Hotelu Boga.
Każdy ma pokój.
Nigdy nie zobaczysz tabliczki na drzwiach
Z napisem „Brak wolnych miejsc”.

Każdy ma skrzydła
Każdy ma skrzydła
Każdy ma skrzydła
W Hotelu Boga.
Każdy ma skrzydła.
Nigdy nie zobaczysz tabliczki na drzwiach
Z napisem „Ani na chwilę nie wolno odrywać obu stóp od ziemi”.

Każdy ma harfę
Każdy ma harfę
Każdy ma harfę
W Hotelu Boga.
Każdy ma harfę.
Nigdy nie zobaczysz tabliczki na ścianie
Z napisem „Posiadanie harfy w tym hotelu zabronione ”.

Każdy ma chmurkę
Każdy ma chmurkę
Każdy ma chmurkę
W Hotelu Boga.
Każdy ma chmurkę.
Nigdy nie zobaczysz tabliczki przy barze
Z napisem „Palenie i picie przyczyni się do twego upadku”.

Każdy trzyma dłoń
Każdy trzyma dłoń
Każdy trzyma dłoń
W Hotelu Boga.
Każdy trzyma dłoń.
Nigdy nie zobaczysz tabliczki przybitej nad drzwiami
„Przyjmowanie gości w pokojach prawnie zabronione!”

Aureola każdego świeci
Aureola każdego świeci
Aureola każdego świeci
W Hotelu Boga.
Aureola każdego wygląda ślicznie.
Nie zobaczysz tabliczki krzyczącej ze ściany
„Oszczędzać światło! Nie palić po nocy!”

Każdy ma kredyt
Każdy ma kredyt
Każdy ma kredyt
W Hotelu Boga.
Każdy ma dobry kredyt.
Nigdy nie zobaczysz tabliczki przy kasie
Z napisem „Jutro kredyt!” czy „Chcesz kredyt?!? Ha, ha, ha!!”

Każdy jest ślepy
Każdy jest ślepy
Każdy jest ślepy
W Hotelu Boga.
Każdy jest ślepy.
Nigdy nie zobaczysz tabliczki na frontowych drzwiach
„Żadnych czerwonych. Żadnych czarnych. To dotyczy ciebie!”

Każdy jest głuchy
Każdy jest głuchy
Każdy jest głuchy
W Hotelu Boga.
Każdy jest głuchy.
Nigdy nie znajdziesz tabliczki na ścianie w barze
„Nie będziesz bluźnił, przeklinał, wrzeszczał lub bluzgał”

Każdy jest niemy
Każdy jest niemy
Każdy jest niemy
W Hotelu Boga.
Każdy jest niemy.
Nigdy nie zobaczysz tabliczki w salonie dla gości
„Nie będziesz bluźnił, przeklinał, wrzeszczał lub bluzgał”

Każdy ma Niebo
Każdy ma Niebo
Każdy ma Niebo
W Hotelu Boga.
Każdy ma Niebo.
Nigdy nie zobaczysz nabazgrane w ubikacji
„Pozwól Rosy dać ci Niebo, zadzwoń 686-844!”

KRZESŁO MIŁOSIERDZIA

To wszystko zaczęło się wtedy, gdy zabrali mnie z domu
I posadzili tu w Celi Śmierci,
A przecież jestem prawie całkowicie niewinny, rozumiecie?
I powtórzę to jeszcze raz
Nie . . boję . . się . . śmierci.

Przedmioty i ich tło
Zaczęły mnie palić i ziębić,
Obity kubek, skręcona szmata,
Twarz Jezusa w zupie,
Ten złowieszczy posiłek
I wózka okropne kółka
Krzywa kość wystająca z jedzenia
Wszystko dobre lub niedobre.

A krzesło miłosierdzia czeka
I czuję, jak głowa mi płonie
I tęsknię już za chwilą,
Gdy skończy się cały ten test prawdy
Oko za oko
Ząb za ząb
Tak, czy inaczej - powiedziałem prawdę
I nie boję się śmierci.

Odczytuję i kataloguję znaki
Sczerniały ząb, szkarłatna mgła
Ściany są złe. Czarne. Zimne.
Są jak chory dech na mych plecach
Jak chory dech na mych plecach
Jak chory dech na mych plecach
Chory dech zbierający się za plecami.

Wciąż słyszę historie o tym,
Jak Chrystus urodził się przy żłóbku
I niczym jakiś obszarpany włóczęga
Umarł na krzyżu
I rzec można, że to wszystko do siebie pasuje
Przecież cieślą był z zawodu
Tak przynajmniej mówią mi.

Dobrą ręką wytatuowałem Z.Ł.O. na pięści jej siostry
Ta parszywa piątka! Nie uczyniła nic, by zaprotestować.

Wysoko w niebie Jego tron jest złoty
A u stóp arka przymierza
Z tego tronu, jak mi mówią,
Decyduje się historia świata
Ten tu u dołu zrobiony jest z drewna i drutu
I moje ciało staje w płomieniach
I Bóg nie jest już tak daleko.

Siadam na krześle miłosierdzia
Głowa ogolona i drutem opleciona
I niczym ćma, co szuka jasności płomienia
Zataczając się uciekam od życia
By choć na chwilę ukryć się w śmierci
Tak czy inaczej - nigdy nie kłamałem.

Moja mordercza dłoń jest Z.Ł.A.
Przykuta ślubną obręczą, która jest D.O.B.R.A.
Tym uwierającym kajdanem
Obejmującym całą buntowniczą krew.

A krzesło miłosierdzia czeka
I czuję, jak głowa mi płonie
I tęsknię już za chwilą,
Gdy skończy się to odmierzanie prawdy
Oko za oko
I ząb za ząb
Tak, czy inaczej - powiedziałem prawdę
I nie boję się śmierci.

A krzesło miłosierdzia płonie
I głowa zaczyna się jarzyć
I wciąż mam nadzieję,
Że wkrótce skończy się to ważenie prawdy
Oko za oko
I ząb za ząb
I nie mam już nic do stracenia
I nie boję się śmierci.

A krzesło miłosierdzia się jarzy
I moja głowa dymi
I wciąż mam nadzieję,
Że wkrótce skończą się te podejrzliwe spojrzenia
Oko za oko
I ząb za ząb
Tak, czy inaczej, nie mają żadnego dowodu
Ani żadnego motywu.

A krzesło miłosierdzia dymi
I moja głowa topnieje
Kiedy oni wreszcie skończą
Z całym tym przekręcaniem prawdy
Kłamstwo za kłamstwo
I prawda za prawdę
I nie mam nic do stracenia
I nie boję się śmierci.

A krzesło miłosierdzia topnieje
I moja krew się gotuje
A ja im psuję teraz
Całą tę zabawę w prawdę i konsekwencje
I oko za oko
I prawda za prawdę
Tak, czy inaczej - powiedziałem prawdę
I nie boję się śmierci.

A krzesło miłosierdzia czeka
I czuję, jak głowa mi płonie
I tęsknię już za chwilą,
Gdy skończy się całe to odmierzanie dowodów
Życie za życie
I prawda za prawdę
Tak, czy inaczej - powiedziałem prawdę
Lecz nie boję się również kłamać.

A krzesło miłosierdzia czeka
I czuję, jak głowa mi płonie
I tęsknię już za chwilą,
Gdy skończy się cały ten test prawdy
Oko za oko
I ząb za ząb
Tak, czy inaczej - powiedziałem prawdę
Lecz boję się, że skłamałem.