Make your own free website on Tripod.com

Stałem tam nagi i obserwowałem kaznodzieję jadącego na koniu w moim kierunku, i nagle ogarnęło mnie przerażenie - przeczucie nieuchronnie zbliżającej się zguby. Gdzieś w środku usłyszałem głos intonujący: „Śmierć w czerń odziana zbliża się na koniu, a wielki tłum za nią”, następnie powtarzający to, i w tej chwili dłonie zaczęły mnie szalenie swędzieć i przejrzałem swe zaróżowione dziurki - i swędzenie i deszcz i brzemienne chmury, i głos w środku - który teraz zdawał się być wieloma głosami naraz - i człowiek, który zbliżał się do mnie krzycząc, wciąż krzycząc -
    Wszystko to - każda rzecz z osobna i wszystkie naraz, niczym jeden legion głosów - wszystko to mówiło mi o śmierci i o ciemności i o krwi - i padłem na kolana i pochyliłem głowę, sparaliżowany deszczem, ogłuszony fremorem powodzi, i zamknąłem oczy. Sądzę, że wtedy usłyszałem - po raz pierwszy - głos Boga mówiącego do mnie - tak, wierzę, że Bóg próbował do mnie przemówić. Gdyż ponad śpiewem, który wciąż narastał, usłyszałem - w środku głowy - głos, cichy i delikatny, lecz wyraźnie słyszalny.
    „Euchridzie” usłyszałem, „Euchridzie...”
    Rozległ się potężny łoskot grzmotu. Biała błyskawica przecięła niebo - i w tej samej chwili zostałem uniesiony za ręce do góry i postawiony na nogi, i porwany przez pędzącą masę ludzi, która goniła Poego - pod górę, na szczyt i na dół. Popychany i terroryzowany i szturchany, kręciłem się dziko pośród tej hordy przemoczonych, bosych stworzeń, jak ślepiec na ruchliwej ulicy. Nie słyszałem wcześniej, jak się zbliżali, ogłuszony podobnie jak i oni hukiem burzy, lecz gdy znalazłem się w samym sercu wściekłej bijatyki, ich wrzawa stała się tak potężna, że zdawało się, iż wojna na niebie została zahamowana.
    Ciemności zalewały dolinę, gdy kobiety i mężczyźni zsuwali się i ześlizgiwali po błotnistym zboczu śladem Poego, który dziko gestykulując, prowadził ich szerokim półkolem wokół mojej chaty, by zatrzymać się na skraju mrocznych, wezbranych wód, które otaczały moczary - ogromnej fosy, kolistego pasa czarnej, zatrutej wody.
    Poprzez drepczący tłum, który balansował na niepewnym brzegu fosy, dojrzałem Poego, brodzącego nieustraszenie w atramentowej wodzie, ubranego w białą bieliznę; złowieszcza czarna marynarka i koszula i absurdalny czarny kapelusz - nienawidzę kapeluszy - zdjęte i pozostawione przy koniu gdzieś z tyłu na terra firma. A mówiąc o wodowaniu kaznodziei - jestem przekonany, że oszalały gardłacz zanurzając się w topieli swej nabrzmiałej manii religijnej, nie uważał się za jeszcze jednego z długiej listy uczniów odtwarzających święty rytuał Chrztu, lecz raczej ten charłaczy, bezbrody handlarzyna, który teraz wrzeszczał na swych uczniów, by się do niego przyłączyli, wierzył, że jest samym wielkim włochatym hydrofilem i że jego rozmokła, bezkształtna bielizna to ni mniej, ni więcej tylko sierść wielbłądzia.
    Kilka osób z tłumu ostrożnie weszło do wody, przestraszonych tyradami Poego i ponurymi wizjami, które roztaczał przed każdym, kto nie pragnął wziąć udziału w jego egzoterycznej ablucji. Sitowie zakołysało się i zawirowało na płyciźnie. Ludzie wokół zaczęli się tłoczyć, ściskając mnie ze wszystkich stron i popychając do przodu.
    Niektórzy mniej rozhisteryzowani uczestnicy stali trochę dalej wzdłuż brzegu, niczym stado wodnych ptaków, chwiejąc się na jednej nodze, zwijając spodnie i zdejmując ciężkie czarne ubrania i wykrochmalone koszule, wysmarowane i ochlapane błotem. Inni zgromadzili się na samej krawędzi brzegu, który nie stanowił całkowicie pewnego podłoża - jeśli wiecie co mam na myśli - był śliski i miękki i osuwający się i niebezpieczny. Byłem zwierzęciem w kalesonach, złapanym w pułapkę nóg - bladych, owłosionych, oblepionych błotem i bosych - i zaczynałem mieć dosyć tego cholernego deptania po mnie, kopania, podstawiania nóg i tratowania. Chciałem rozpaczliwie krzyczeć „Wypuście mnie stąd! Nie chcę być czysty! Ja z samej natury jestem nieczysty ! Jestem bardzo plugawą ludzką istotą. Po prostu rozsuńcie się i wypuście mnie stąd !”
    Lecz zostałem sterroryzowany, przymuszony do posuwania się naprzód i naprzód i naprzód.
    Cienkie cienie sitowia oświetlonego lampami spirytusowymi rozpływały się po powierzchni smoliście czarnych wód, a pozłacane palce światła przeczesywały rozszerzające się dominium obłąkanego chrzciciela, drgając tajemniczo i niespokojnie.
    „Chwalcie Pana!” ryknęła Hilda Baxter, która, sądząc po jej piersiastych anhelacjach, najwyraźniej przypchała Wilmę Eldridge, na jej dwu powykrzywianych, oblepionych błotem kołach, od kościoła aż do samej krawędzi chrzcielnicy, prawdopodobnie bez niczyjej pomocy. Lecz teraz, chwilowo straciwszy rozsądek z powodu całkowitego wyczerpania - lub tak przynajmniej to wyglądało - zignorowała szalony sprzeciw kalekiej staruchy i, porzucając swe miejsce za wózkiem, wskoczyła z ogromnym pluskiem do kruczoczarnego napoju i rzuciła się jak burza w kierunku biblisty.
    „Jestem nieczysta! Jestem skalana! Mój duch śmierdzi!” wydzierała się, podczas gdy ja zająłem jej miejsce za wózkiem i obserwowałem wszystko przez koła.
    „Oczyść mnie! Oczyść!” wołała, a ja zauważyłem, że wózek inwalidzki obładowany czarnym błotem zagłębił się na cal w rozmokłym nabrzeżu. Starucha zesztywniała, kołysząc się na krawędzi ablucji.
    „Eliaszu! Ochrzcij nas!” wybuchnął Karp Boone i, ręka w rękę ze swą żoną Sadie, przecisnął się obok mnie i zanurkował w ponurej wodzie. Tłum posunął się cal do przodu.
    „Chcę być czysta! Odnów mego ducha, Chrzcicielu!” zapiszczała różowooka Sadie, a piorun rozdarł niebiosa ostrzem błękitnego światła.
    „I ja, Chrzcicielu! Zmyj mój grzech!” krzyczał następny, który odważył się wskoczyć w zalewisko. Odwróciłem się, próbując się wycofać, lecz ludzie z tylnych rzędów gramolili się do przodu, tłocząc się i siłą torując sobie drogę do zbawienia, i stwierdziłem po wielkich zmaganiach, że znajduję się dokładnie w miejscu startu - przyciśnięty do wózka inwalidzkiego.
    Wilma Eldridge miała miejsce w pierwszym rzędzie i siedziała twarzą zwrócona do zupy, sztywna i oniemiała ze strachu, kościstymi rękami trzymając się swego urządzenia, z gołą, mokrą głową osadzoną sztywno na chudej szyi - i czułem się, jakbym był wciśnięty w kanapkę, między starą, poskręcaną kalekę a zirytowany tłum - wciąż cisnący się, popychający i szturchający, coraz bardziej nieznośny - tak, coraz bardziej - a kloaczne bagno, które sprawiało im taką radość, wypełniało się coraz większą liczbą kandydatów do oczyszczenia - i przez głowę przelatywały mi różne myśli - takie jak: po pierwsze, nie mam nic wspólnego z tymi tutaj ludźmi, po drugie, za chwilę będę tkwił po uszy w tym ścieku, jeśli czegoś szybko nie zrobię, więc zacząłem myśleć o jakiejś dywersyjnej taktyce - co by było, gdyby nagle coś drastycznego przydarzyło się Poemu lub komuś z wiernych - i znów ktoś uderzył mnie łokciem i pomyślałem: „Droga Wilmo Inwalidko, dlaczego tak się dzieje, że my nieszczęśliwi, niemowa i kaleka - dlaczego zawsze musimy być tymi, na których spada całe gówno? Dlaczego?”, a gdy pochyliłem się i gwałtownie zwolniłem jej hamulec bezpieczeństwa, wydawało mi się, że słyszę, jak bierze oddech, by mi odpowiedzieć - tak - podczas gdy odsuwałem się na bok, pozwalając nacierającej masie wykonać resztę czarnej roboty.
    Wózek potoczył się do przodu, z jękiem wulkanizowanej gumy trącej o stal; palce w popłochu nadaremnie próbujące zahamować, szarpiące oblepione błotem szprychy, walące wściekle w ręczny hamulec. Przechylił się, oderwał od stoku, zamajaczył nad ponurą, katoptryczną powierzchnią wody, a następnie, wykonując pół salta, runął w płyciznę tego przepastnego, chrzcielnego ścieku.
    Wtedy, niczym legion nieczystych duchów, które Jezus posłał w świnie, kwiczące stado podążyło śladem wózka, skacząc po obydwu jego stronach lub nad nim, aby uniknąć zaplątania się w tę piekielną maszynerię - dwa wolno wirujące koła, częściowo tylko zanurzone w wodzie, niczym koła rzecznego parowca. I podczas gdy rosnący, grzęznący, młócący stos półnagich szaleńców walczył na mieliźnie, ja, stojąc we względnie bezpiecznej odległości od krawędzi nabrzeża, zauważyłem zadarte do góry stopy kaleki, połączone z sześcioma calami kostki, wystające nieruchomo z bulgoczącej wody pomiędzy ponurymi kołami - dwa ciche stwory błotne spokojnie obserwujące szaleństwo dokoła siebie - i, dobrze, powiem wam, że widok tych drętwych, sinych stóp, aura spokoju, którą roztaczały w obliczu szalejącego zła, w jakiś sposób mnie poruszyły - tak, dosięgły i poruszyły - i, dobrze, kurwa, wiecie, co chcę powiedzieć - chcę powiedzieć, cholera, chcę... nie wiem - słuchajcie, po prostu mnie to poruszyło... dobrze ?
    Minuta lub dwie minęły na obserwacji, a całe szaleństwo było tylko odległym pomrukiem w moich uszach, jakby zarażonych tym poczuciem spokoju, i wtedy ujrzałem, że lewa stopa drgnęła, i prawie natychmiast drgnęła powtórnie - ta martwa stopa - próbując chyba zwrócić na siebie czyjąś uwagę - i po długich flokilacjach wreszcie przypomniano sobie o niej i kilku silniejszych mężczyzn ze zgromadzenia stanęło nad nią, wyciągając wózek i dławiącą się kobietę z mętnej, śmierdzącej wody na deszcz. Wilmę Eldridge przykrywał kaptur smoliście czarnych ścieków, sięgający jej do ramion, resztę ciała pokrywała warstwa powierzchniowej piany - zwiędłych liści, zgniłej trzciny, nasion sitowia. Została podniesiona, sztywna i sina, i posadzona z powrotem na wózku przez bliźniaków Schultzów, ignorujących, tak jak i ona, robiącego zamieszanie i hałasującego jak fretka jej męża. Baker Wiggam zarzucił na jej trzęsące się ciało szary płaszcz, a kaleka uniosła twarz ku srogim niebiosom, pozwalając, by deszcz zmył z niej kaptur brudu.
    Cokolwiek otrzeźwiony tym wypadkiem tłum, pragnący na chwilę przerwać swój chrzest, zaczął gromadzić się przy brzegu, a Abie Poe, wygramoliwszy się wcześniej z wody, stał już za zniszczonym wózkiem, ściskając jego rączki. Badając długim, przeciągłym spojrzeniem zgromadzonych, uciszając wzrokiem rozmawiających, wziął głęboki nosowy oddech i zaczął krzyczeć, „Czy czujecie siarkę? Powąchajcie wszyscy. Poznajcie ten smród! Siarka! Smród Szatana! ” Pochylił się nad Wilmą Eldridge i przemówił cicho do ogłuszonej staruchy - do niej, tak, ale również i do wszystkich - w sposób znany chyba tylko jemu samemu, gdyż jego tyrady zwykle pełne były złowieszczych szeptów i jadowitych syków, a jednak nigdy słuchającym nie umykało ani jedno jego słowo.
    „Chwała Bogu, Wilmo Eldridge” szepnął. „Szatanie, twe imię jest Nieszczęście. To ręka Diabła pcha nas w otchłań! Lecz ręka Pana wyciąga nas z niej!”
    „Alleluja!” niewolniczo zabeczał tłum.
    Wtedy skuliłem się w sitowiu, czując, że całe to mrożące krew w żyłach kazanie Poego działa na mnie zastraszająco - zastraszająco? Prawdę mówiąc, całe to pieprzenie, kto pcha, a kto wyciąga, sprawiło, że zacząłem cholernie dzwonić zębami - wiecie, co chcę powiedzieć? Czułem się wtedy mniej więcej tak, jak dziwka w kościele, kuląc się i dygocząc w sitowiu.
    Wtedy, zaledwie kilka stóp za mną, rozległo się śpiewne urąganie dziecka, rozbrzmiewające ponad hukiem deszczu, niemotą tłuszczy, ponad narastającym biciem biciem biciem mego serca.
    „Oto wasz Diabeł! Oto ręka, która pchnęła! Tam jest! Widziałem, jak to zrobił! Odbezpieczył hamulec i pozwolił jej się stoczyć! Plu-u-usk! Widzicie? Tam, w trzcinie, struchlały ze strachu, bo wie, że to zrobił!”
    Fists Wiggam stał rozkraczony, nadęty złośliwością, wskazując na mnie tłustą łapą, wrzeszcząc „Idyjot wrzucił ją do ścieku! Idyjot wrzucił ją do ścieku!” Wykrzywiając nos i usta, krzyczał „Oto wasz śmierdziel! Oto wasz śmierdziel!”
    Nagle wszyscy zrobili krok w moją stronę! I jeszcze jeden!
    Migiem z tłumu wyłonił się Poe, podwijając rękaw mokrej koszuli do łokcia. Zanurzył rękę w sitowiu i wyłowił mnie - wielką czarną łapą zakleszczoną jak imadło na moim karku.
    Cały ten cholerny tłum zaczął tłoczyć się dokoła, gapiąc się i wyciągając szyje i przyglądając z obrzydzeniem - kiwali głowami i mówili „ho-ho” i „ta-a-ak” i „to ten” i nagle miałem przed sobą dwustu świadków krzyczących „Sabotaż!” A ja tylko gapiłem się w ziemię, czując żelazne palce Poego zakleszczone na karku.
    „Kim jesteś, chopcze?” warknął Poe, a następnie, zwracając się do tłumu, spytał „Czyje to dziecko?”
    Fists Wiggam wrzasnął piskliwie. „Ten dzieciak to śmieć, kaznodziejo! Mieszka w tamtej chacie.” Ponownie podniósł swą tłustą rączkę we wskazującym geście.
    „Jak się nazywasz?” zapytał Poe, chwytając mnie za podbródek i przysuwając moją twarz bliżej, aby lepiej ją widzieć. „Pytam o twoje imię, chopcze.” 
    „Nie ma żadnego! Nie mógłby powiedzieć, nawet gdyby miał! To idyjot! Jego ojciec jest z gór! To gupi niemowa, kaznodziejo!” piszczał Fists... a ja wyciągnąłem rękę i wepchnąłem mu ją w gardło i wyrwałem mu jęzor z korzeniami, wciskając cały zakrwawiony ochłap zielonego mięsa, jeszcze podrygującego, w przerażone łapy małego tłustego skurwiela... lecz nie, nie zrobiłem tego. Nie, nie zrobiłem . Zamiast tego podniosłem wzrok i spojrzałem na okropną twarz Poego. Intensywność, z jaką mi się przyglądał, stawała się krępująca. I wtedy, na moich oczach, wyraz jego twarzy zmienił się dramatycznie. Okrutna szkarłatna szrama pobielała i stała się jasnofioletowa, jego sępie oczy zobiły się szkliste, hialitowe - lecz także dziwnie zamglone, jak gdyby ogień piekielny, który szalał za nimi, wypalił się, lecz wciąż jeszcze dymił. Jego głos raptownie stał się tubalny i kiedy do mnie mówił, zdawało się, że zwraca się do kogoś wewnątrz mnie. Ludzie przybliżyli się z rozdziawionymi gębami, zarażeni zmianą nastroju kaznodziei.
    „Oto dziecko, którego duch jest niemy. Jak długo ten próżny duch zamieszkuje jego ciało? Rzec mogę, całe jego życie. Rzec mogę, prawdopodobnie już dziesięć długich lat jego duch jest niemy.”
    „Błąd. Trzynaście i pół” pomyślałem.
    „O, plemię niewierne, jak długo mam was cierpieć?” krzyknął Poe.
    „Jak długo mam ciebie  cierpieć?!” krzyknąłem bezgłośnie.
    „Jestem duchem Eliasza” ciągnął Poe tajemniczo, „małe oczyszczenie, małe uzdrowienie, małe wołanie na puszczy.”
    Tłum przybliżył się, a ja rozpaczliwie szukałem jakiejś luki w jego szeregach.
    „Jeśli masz wiarę, wszystko jest możliwe. Czy wierzysz prawdziwie?” zapytał kaznodzieja abstrakcyjnie, a niektórzy odpowiedzieli „Tak” i „Wierzę” - niepewni, do kogo się zwraca.
    „Niemy duchu, wyrzucam cię! Wyjdź z tego dziecka i nie powracaj więcej!” wykrzyknął Poe.
    I wtedy poczułem, jak wnętrzności skręcają mi się z bólu, i nagle wiedziałem - po prostu wiedziałem , że zaraz przemówię - tak, naprawdę - a ból przedarł się do piersi i, podrażniając głośnię, dotarł do ust i splunąłem szczerze, od serca. Wielka plwocina trafiła Abiego Poe w prawe kolano, zadyndała zielono, oderwała się i ześlizgnęła ohydnie po nodze na stopę i między palce.
    Zazgrzytałem zębami. Spieniłem się. Dziko potrząsnąłem głową i nagle wszystkie słowa, jakie kiedykolwiek chciałem wypowiedzieć, były do mojej dyspozycji - każde z nich cisnęło się, by być pierwsze - moje ciało uwolnione było od niemego ducha.
    Tłum rozstąpił się, wycofał, przerzedził, gdy zacząłem brykać i rżeć i rzucać się i bić w piersi i robić zeza, i przygotowywać do krzyczenia „Alleluja! Chwalcie Boga na Wysokościach za Jego miłosierdzie!” i płakać i śmiać się i płakać i tarzać w kałuży.
    Ludzie, odchodząc powoli, ponuro potrząsali głowami i mruczeli coś, czego nie zdołałem usłyszeć, podczas gdy ja wymachiwałem rękoma jak cepami i zataczałem się i skręcałem w drodze na swą górkę - tłum oddalał się coraz bardziej.
    Położyłem się na trawie, nagi i zziajany, i patrzyłem, jak znużony tłum posuwa się ciężkim krokiem w kierunku drogi wiodącej do miasteczka, i wygładziłem ręką mokrą trawę pod brodą, a odwracając na bok głowę, ułożyłem ją delikatnie, przyciskając ucho do błotnistej ziemi, i zacząłem wsłuchiwać się w szmer siekącego deszczu.
 



 

 

XI


 
 

Pamiętam czas eudajmonii. Kiedy niebo było lazurowe i porysowane welonami cirrusów - lub dźwigało kadłub bawełnianego cumulusa, żeglującego po jego bezkresnych wodach. Kiedy piskliwa pieśń cykad wypełniała dolinę, a cichy szept cedrów łączył się z nieustannym akompaniamentem syków i szmerów trzciny. Czas wypełniony zapachem sosny i kwiatu pomarańczy. Kiedy ognie św. Elma i błędne ogniki świeciły w zaroślach i paprociach. Kiedy szumiący oddech lata muskał policzek płytkiej wody, potrząsając sitowiem. Pamiętam, że lata podzielone były na pory roku, a po dniu następowała noc. Pamiętam zmierzchy i świty, słońca i księżyce. Kiedy cała zieleń doliny przynosiła obfity plon, ludzie nagradzani byli uczciwym trudem, dobrym zdrowiem, powodzeniem, chrześcijańskim miłosierdziem, miłością bliźniego i miłością Boga, a wszystko skąpane w łasce złocistego słońca. Pamiętam czas, kiedy w dolinie był spokój.
    Lecz nie dla mnie. Dla mnie nigdy w dolinie nie było spokoju.
    W rzeczywistości - i mam nadzieję, że mówiąc to, nie daję wam jakiegoś wypaczonego wyobrażenia - czas klątwy był chyba jedynym okresem, kiedy poczułem, jakby moje brzemię trochę się zmniejszyło. Stało się tak, że gdy już przyzwyczaiłem się do uporczywości plagi i ujrzałem boży cel w tym bezlitosnym biczowaniu, to stwierdziłem, że ja, Euchrid Eukruk, lubię deszcz.
    Często spędzałem te ponure, szare dni, siedząc na ganku i studiując dolinę przesłonioną welonem deszczu. Sięgając wzrokiem daleko, poprzez spustoszone pola i upiorne miasteczko duchów, dawniej tak ruchliwe i żywe, badałem czarny horyzont i kipiące dno nieba i zastanawiałem się nad tym, co było przyczyną względnej mojej melodyjności. Nie chcąc zaglądać darowanemu koniowi w zęby, jak to mówią, i decydując, że zbytnie zagłębianie się w problem może nie być najrozsądniejsze, doszedłem do wniosku, że cierpienie zazwyczaj jest doznaniem względnym , odczuwanym najdotkliwiej w obliczu szczęścia innych. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że dolina i jej mieszkańcy skuci zostali na ten czas kajdanami niedoli, nic dziwnego, że mój własny wór nieszczęść wydał mi się znacznie lżejszy.
    Deszcz miał jeszcze inne zalety, prócz powodowania nieszczęść i spustoszeń. Stanowił także doskonałą osłonę za dnia, umożliwiając mi zapuszczanie się bez żadnych obaw do miasteczka, szczególnie po pierwszym roku, gdy kilku mieszkańców opuściło swe ciche i pozamykane domostwa. Bywały takie dni, że mogłem kroczyć ulicą Główną, kopiąc puszkę lub gwiżdżąc melodię, i po prostu przetoczyć się przez samo centrum miasteczka, nie spotykając nikogo - a nieliczni, których czasami widziałem, szybko przemykali z głowami pochylonymi, oczyma utkwionymi w ziemię, jak gdyby sami bali się mojej obecności, na wypadek gdybym był ich przyjacielem lub znajomym z wcześniejszych, jaśniejszych czasów, czasów przed nastaniem deszczu, który zanurzył wszystkich we wstydzie.
    Lecz pojawił się Poe - tak - i zakończył ten pomyślny dla mnie okres.
 



 

 

XIII


 
 

Okres nieustającego deszczu nazwany został przez Ukulitan Trzema Latami Przekleństwa i był synonimem śmierci, zagłady, kary bożej i zniszczenia. Jak pokazują liczby, pod koniec drugiego roku, 1942, wskaźnik umieralności wzrósł dwukrotnie w stosunku do roku 1940. W 1943 nastąpiło trzy razy więcej zgonów niż w roku poprzedzającym deszcz. Spójrzcie na te liczby:
 

    1940  5 zgonów 
    1941  9 zgonów 
    1942  12 zgonów
    1943  16 zgonów
 

Lecz jeżeli próbujemy oswoić się jakoś z wielkością lub raczej głębią tragedii Ukulitan, powinniśmy także odnotować, że pod koniec roku 1943 było o czterech Ukulitan więcej  niż przed deszczem. Powód tego jest prosty: klęska spowodowała szalony wzrost liczby narodzin w tym samym trzyleciu. Oto liczby:
 

    1940  3 urodzenia
    1941  4 urodzenia
    1942  18 urodzeń 
    1943  17 urodzeń 
    1944  16 urodzeń 
 

Zatem, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko te dane statystyczne, lata katastrofy równie dobrze moglibyśmy nazwać „Trzema Latami Płodności”. Dzieci poczęte w tym trzyleciu zostały nazwane „Niemowlętami Deszczu”, a później „Dziećmi Deszczu”.