Make your own free website on Tripod.com

 

X


 
 

A potem pojawił się kaznodzieja, Abie Poe.
    Strzały z jego stalowobłękitnych pistoletów roztrzaskały grubą skorupę przygnębienia, która przykrywała wspólnotę Ukulitan niczym jakaś obca narośl. Wzdłuż całej ulicy Głównej zmurszałe zasłony w oknach poruszały się i rozsuwały, a wystraszone twarze dawnych wiernych unosiły się niczym zastępy sinych, nieszczęśliwych księżyców. Wszyscy z pewnym lękiem przyglądali się zamieszaniu na głównym placu miasta, zdziwieni widokiem samotnego człowieka na koniu, podnoszącego tak wielkie larum. Ich szczurze twarze wykrzywiały się i kurczyły z każdą wystrzeloną kulą, gdy usiłowali dociec, poprzez huk wystrzałów i nieustający łomot deszczu, kimże jest ten człowiek.
    Opróżniając sześciostrzałowce szalonymi salwami, Abie Poe przywitał Dolinę Ukulore. Rewolwery w jego rękach wirowały niczym śmigła. Przestrzelił tablicę nad zakładem fryzjerskim Noego, co pogorszyło już i tak złe samopoczucie właściciela. Dwie doniczki eksplodowały chmurami terakotowego pyłu, który osiadł rdzawym dywanem na szybach sklepu pasmanteryjnego Joya Flockeya. Strzelił w kierunku Studni Życzeń Wiggama, umieszczając uncję ołowiu między dwiema płytkami murku, kilka cali nad plastykową torebką, zawierającą list pozostawiony tam przez bladą i drżącą rękę wiele miesięcy temu. Na murku pojawił się odprysk i obłoczek pyłu. Tłocząca się w oknie rodzina Wiggamów była wielce poirytowana. Abie Poe wystrzelił na oślep w niebo. Krople zasyczały na gorących lufach pistoletów. Dym zawirował błękitnymi arabeskami.
    Abie Poe siedział okrakiem na absurdalnym podwyższeniu z sosnowego drewna, pod którym jego antyczny koń chwiał się i uginał. Poe kołysał się przesadnie, obracając w siodle i opisując patykowatym tułowiem serie głębokich i zamaszystych łuków, w prawo i w lewo, w przód i w tył, szaleńczo i zawzięcie, a chociaż prawdą jest, że kuc nawet się nie poruszył, trzeba przyznać, że podczas tych wszystkich ryzykownych akrobacji Poe ani razu nie wypadł ze swego siedzenia.
    Podwyższenie, na którym Poe kręcił się, było to prowizoryczne siodło wynalezione przez niego samego i opatentowane w Salem pod nazwą „Tron Poego”. Pozornie luksusowa lektyka, w rzeczywistości były to jednak dwie ciężkie ramy w kształcie litery „A”, z domowej roboty skórzanym siodłem i skórami oposów zawieszonymi między nimi, ze wzmocnionym tylnym oparciem, płóciennymi klapami i standardowymi popręgami. Wyjąwszy skórzane siedzenie, cała konstrukcja wykonana była z sosnowego drewna i ważyła prawie dwa razy więcej niż zwykłe siodło.
    Lecz w rzeczywistości ukoronowaniem inwencji Poego okazał się wynalazek, który dodany został do całości jakiś rok po opatentowaniu. Była to zabezpieczająca uprząż, która przez cały czas utrzymywała jeźdźca w siodle. Dzięki niej pijany, wymachujący pistoletami Poe jednocześnie mógł kręcić się na swój dziwaczny sposób, odpalać obydwa gnaty i pozostawać przyklejonym do tronu.
 
Gdyby nie „Tron”, Abie Poe nigdy by się nie znalazł w tej zapomnianej przez Boga dolinie, gdyż to właśnie pod pretekstem znalezienia kogoś, kto zainteresowałby się produkcją jego podwyższenia, opuścił puste prerie zachodu i udał się na południe. Stwierdziwszy, że ludzie na zachodzie wiedzą zbyt wiele o koniach i mają zbyt mało pieniędzy na fantazyjne siodła, Abie Poe zabrał swój wynalazek tam, gdzie wszyscy są „cholernie nadziani lub beznadziejnie głupi”. Tak przynajmniej myślał.
    Lecz południe nie okazało więcej zrozumienia niż jakiekolwiek inne miejsce, które odwiedził. Nikt nie był zainteresowany kupnem patentu na sosnowe podwyższenie, siodło i uprząż bezpieczeństwa.
    Poe chwytał się najróżniejszych zajęć: był kierowcą ciężarówki, zbierał tytoń, zmywał naczynia, był kłusownikiem, koniokradem i włamywaczem, zawsze jednak tylko do pierwszej wypłaty.
    Zatrudniony jako domokrążca ofrujący srebrne sztućce, Poe wykorzystywał swój wrodzony dar przekonywania i wkradał się w łaski młodych żon, które stanowiły ogromną większość jego klienteli, terroryzując je czułymi słówkami, flirtując i mydląc oczy tanimi komplementami, prowadząc ich drżące rączki przy podpisywaniu kontraktów, z których w żaden sposób nie mogły się wywiązać. Poe zwykle korzystał z ich wdzięków, odbierając brakujące raty w naturze, po czym stawał się absolutnym panem sytuacji i przystępował do bezlitosnego ogałacania ich ze wszystkiego. W tamtych czasach Poe maczał palce w najbardziej śmierdzących interesach.
    Minęło siedem lat i Poe został skazany za dwukrotny szantaż i trzykrotne oszustwo, i siedział cztery lata w skandalicznie przeludnionym Stanowym Zakładzie Penitencjarnym w Binbridge. Ostatnie sześć miesięcy kary odbywał w szpitalu więziennym z powodu ostrego zarobaczenia pasożytem Trichuris trichuria , potocznie zwanym owsikiem.
    Postać, która przyszła do Zakładu w Binbridge zimą 1935, wyszła na wolność całkowicie odmieniona. Poe był teraz wycieńczony, jego dawniej dziecięca twarz wydłużyła się i zbladła. Cienka różowa szrama wyłoniła się spod jednej z krzaczastych brwi i, otaczając hakiem prawe oko, kończyła się na małym ukrytym pieprzyku, z którego wyrastały krótkie przycięte włosy - niczym haczyk na ryby z nabitym na niego małym czarnym robaczkiem. Jego drobne zęby wyrosły nadmiernie i pożółkły, a oczy - atut przynoszący mu największe dochody - duże, budzące zaufanie, stwarzające wrażenie szczerości, teraz jakby straciły swój wyraz, stały się lodowate, często zapatrzone w przestrzeń, nic nie widzące.
    Jego swobodny krok stał się sztywny i wykrzywiony kuśtykaniem, pasożyty siejące spustoszenie w jego organizmie, wydostając się z jelit, zainfekowały prawe udo; cała postać została naruszona i zdeformowana.
    Przygnębiony i milczący Abie Poe wsiadł w pociąg i pojechał do miasteczka, jedną stację dalej.
    Kwaterę znalazł jeszcze tego samego wieczora, wynajmując pokój u pewnej Szwajcarki, starej panny nazwiskiem Heidi Hoch, stając się jedynym jej lokatorem. Heidi była pobożną anabaptystką, która w wieku osiemdziesięciu trzech lat wciąż co tydzień chodziła na piechotę do oddalonego o ćwierć mili kościoła.
    Siwowłosa panna wykurowała swego schorowanego lokatora. Lecz w roku 1940 ją samą zmogła ciężka odmiana odry.
    Przy łożu śmierci Abie Poe z trudem mógł utrzymać oczy na krwotocznej wysypce, która pokrywała twarz i skórę na całej głowie Heidi. Pęcherzyca była tak zaawansowana, że włosy wyglądały, jakby roiło się w nich od czarnych mrówek. Wtedy, otwierając oczy i podnosząc szkarłatną dłoń do twarzy, Heidi powiedziała: „Spójrz, co na mnie wstąpiło, Abie. Twój grzech. Twój grzech, który z radością zabiorę ze sobą do grobu. Jesteś czysty, Abie. Oczyściłam cię!”
    Abie Poe spakował małe rzeźbione laleczki Heidi do pudełka po herbacie, owijając je w barwiony len i hafty, kładąc na wierzchu biały perłowy krucyfiks. Zaniósł pudełko do Parafialnego Ośrodka Opieki i wymienił wszystko na skromny czarny ubiór i wysoki pilśniowy kapelusz z szerokim rondem, również czarny. Spoglądając w lustro, Abie Poe ujrzał człowieka chudego i wygłodniałego, z twarzą poważną i surową, głęboko pooraną wyrzutami sumienia: człowieka, który otrzymał powołanie.
    „Zaprawdę Duch Boży spoczął na mnie i wycisnął piętno na mej twarzy” pomyślał Abie Poe, wstępując w ten sposób na nową drogę - drogę służby.
    Wróciwszy do domu Heidi, Abie wziął jej Biblię i opuścił miasto.
    Od tej pory biblista grzmocił swoją Biblią przy każdej sposobności, na rogach ulic, w domach modlitw, knajpach, jaskiniach nierządu, na placach i w parkach i szkołach i więzieniach, w wiązowych alejach bogatych dzielnic i niesławnych slumsach Salem - powtarzając słowa swej zmarłej gospodyni i napełniając je tragizmem, grzmiał: „Grzech! Grzech jest wszędzie, proszę pana! Wszędzie, proszę pani! Czy tak głęboko zanurzyliście się w ohydzie, że go nie widzicie?”
    Lecz prawdziwe powołanie Poego miało się dopiero ujawnić.
    Pewnego razu usłyszał pogłoski o nikczemnym życiu pewnych rodzin zamieszkujących górskie tereny - ksenofobicznych „klanów” podejrzewanych o krwawe wendety, morderstwa, gwałty, dzieciobójstwa, kazirodztwo i tak dalej - wtedy Poe, tropiciel grzechu, poczuł, że jego życiowa misja właśnie się rozpoczyna.
    Abie Poe nabył konia i udał się w górskie obszary. Dojechawszy do pasma, od którego oficjalnie zaczynały się góry, spotkał dziewczynkę w wieku około ośmiu lat. Siedziała przy drodze, na wielkiej stercie pościeli.
    „Podejdź, dziecko. Wskaż mi najbliższy dom modlitwy w tych okolicach” powiedział Poe.
    Dziewczynka wstała. Skóra jej policzków była popękana i krwawiła. W brudnej rączce trzymała małego, zielonego zaskrońca. Zauważając w jej oczach pierwsze zakrzepy ślepoty, formujące się jak skóra, Poe zapytał po raz drugi.
    „Twoja kaplica? Gdzie jest? Wskaż mi drogę!”
    Dziecko podniosło prześcieradło. Pod nim leżała martwa kobieta; jej skóra była żywa toczącymi ją robakami. Dziewczynka powiedziała z trudem: „Robaki jedzo Eli... jedzo mamę...”
    Poe przykrył kobietę, opierając ją o kamienną tablicę, której napis zatarły mijające lata.
    Dziewczyna odwróciła się i poszła w góry, a biblista za nią. Zaglądał pod każdy krzak i każdy kamień w poszukiwaniu grzeszników.
    Minęło siedem miesięcy, zanim Abie Poe wyjechał swoim kucem z Czarnego Pasma Mortonów. Z półlitrówką bimbru w torbie przy siodle. Z dwoma sześciostrzałowcami przy pasie.
 
Chociaż pistolety pozostawały w kaburach, surowość jego nie została złagodzona; kaznodzieja Poe prawie szturmem zdobył kościół, wykrzykując szaleńcze złorzeczenia, obłąkańcze proroctwa, objawienia i nadęte obietnice - odbijające się echem w jego gwałtownej gestykulacji - spotykając się z oporem nielicznych i rozpaczliwym zaufaniem większości, zarówno Ukulitan, jak i obcych.
    Kilku starszych Ukulitan próbowało wybadać kaznodzieję, lecz Poe zręcznie unikał ich sideł i prześlizgiwał się między pytaniami. Nawet kłótliwa Wilma Eldridge, zawsze gotowa z kimś zadrzeć, została zawstydzona, gdy zakwestionowała twierdzenie Poego, że jest on obdarzony duchem Eliasza i że przyjechał do doliny kierowany wolą bożą. Podjechawszy swym skrzypiącym wózkiem inwalidzkim do kaznodziei, przerwała mu w połowie zadania, skrzecząc: „Wybacz, że nie wstaję, proroku Poe, lecz chciałabym wiedzieć, jaki znak dał ci Pan, byś mógł udowodnić, że jesteś tym, za kogo się podajesz?”
    „Tylko ślepi tego nie widzą” odpowiedział Poe i zrobił krok do przodu, nie dając się zbić z tropu kalece.
    „Zapewne Wszechmocny może uczynić swe znaki bardziej jawnymi?” odparła, pocierając mocno bezwładne kolana, aż pobielały jej knykcie.
    „Bardziej ślepym od tego, który stracił oczy, jest ten, który zamyka je i nie chce ujrzeć światła dnia.”
    I wtedy kaznodzieja wyciągnął oskarżycielski palec i wolno zatoczył nim półkole, wskazując każdego z obecnych. Nie odzywając się ani słowem, Poe pozwolił, by za niego przemówiło powolne, bolesne skrzypienie wózka. Znużona Wilma Eldridge wycofywała się, zostawiając na podłodze błotniste ślady kół.
    „A wy” powiedział Poe, wskazując palcem wszystkich i każdego z osobna, gdy ucichło już okropne skrzypienie wózka i mógł ponownie skupić na sobie uwagę zebranych, „wy koguty na kupie gnoju, wy, dumnie stąpający po gnojowisku tego świata, wy, którzy całowaliście diabła pod ogonem, módlcie się do Pana Boga Wszechmogącego, by miał nad wami litość! Gdyż Jego myśliwy wyciągnął już strzały i, tak jak droga do Królestwa, jego cel jest prosty i wyraźny. Módlcie się, tarzający się w grzechu, gdyż stopa Jego myśliwego jest już uniesiona! Nikczemne serca zostaną przebite, a ich ścierwa wdeptane w ziemię!”
    „Kto jest tym myśliwym” zapytał drżący głos.
    „W tej chwili macie go przed sobą” odparł Abie Poe.
 
Słuchałem pierwszego kazania nowego kaznodziei, leżąc pod podłogą kościoła ułożoną na belkach grubości około dwóch stóp. Słyszałem dokładnie każde jego słowo, jego kuśtykanie, pomrukujący tłum, jednogłośnie śpiewający uroczyste alleluja, piszczące koła wózka kaleki i poznałem po sile jego gromów, że zgromadzeni sami oszukują się w równym stopniu, co są oszukiwani.
    „Kto jest tym myśliwym?”
    „W tej chwili macie go przed sobą!”
    Ha! Co za ironia! Biedny, naiwny Poe! Przepowiednia szalonego kaznodziei była prawie dokładna! O, na męczarnie świętych i niedoszłych świętych. Ha! Nigdy nie będziesz rozkoszował się spełnieniem swej przepowiedni! Nie wiesz biedaku, że to ja  w rzeczywistości jestem tym myśliwym, o którego się dopytywali!
    „Kto jest tym myśliwym?”
    „W tej chwili macie go pod  sobą!”
    Deski podłogi zadudniły, gdy wierni powstali. Obawiając się przychwycenia i nie ryzykując napaści na otwartym terenie, wczołgałem się pod wielki brezent przykrywający stertę sosnowych desek. Słyszałem, jak schodzili po schodach, zaledwie na wyciągnięcie ręki ode mnie, lecz czułem się bezpieczny w swoim schronie; leżałem z zamkniętymi oczyma i wdychałem głęboko nawet przyjemny zapach pleśni i wilgotnego brezentu. Szkarłatne bukiety rozkwitły pod moimi powiekami. Pajęczyna osiadła mi na twarzy, a pająki snu przędły nici słodkiej drzemki -
    Śni mi się, że jestem myśliwym, nagim, uzbrojonym w łuk i kołczan, pozostawiającym za sobą ciała martwych zwierząt. Podkradam się do nieznanego zwierza w wysokiej trzcinie. Cosey Mo staje na mojej ścieżce, bosa, ubrana tylko w cienką białą halkę. Wstydzę się swojej nagości, lecz ona uśmiecha się i przywołuje mnie, a ja, który zmagałem się z najdzikszymi bestiami, drżę jak listek na wietrze, zbliżając się do niej. Falująca szata ześlizguje się z jej ramion, spływa po falujących piersiach, brzuchu, pośladkach i udach, obnażając ciało i rozpływając się niczym kałuża wokół jej nóg. Paznokcie na palcach stóp ma czerwone. Jest doskonale piękna; jej złociste włosy unosi powiew delikatnie wachlujących liści. Podkrada się do niej pantera ukryta w trzcinie - i zadowolony z możliwości popisania się walecznością nieustraszonego myśliwego, naciągam łuk, celuję i wypuszczam strzałę w trzcinę, przeszywając serce wielkiego niebieskiego kota. Pojawia się wściekły ogar, z głośnym szelestem przedzierający się przez trzcinę. Moja strzała zatrzymuje go w miejscu. Cosey bierze głęboki oddech, jej pagórki rozkoszy podnoszą się niczym złote księżyce w pełni. Nadlatuje orzeł, lecz moja strzała odnajduje jego pierzastą pierś. Cosey wydaje z siebie zduszony okrzyk i szlochając woła, „Och, Jock!”, podczas gdy nagi mężczyzna przedziera się przez trzcinę; trzy strzały tkwią w jego ciele, pióra lotek odcinają się bielą na tle atramentowo-niebieskiego królestwa zwierząt rządzących jego ciałem. Pada martwy w ramiona Cosey. Wyciągam strzały z trupa i wkładam je z powrotem do kołczanu. Słyszę dźwięk harfy. Krew wysycha na ciele Jocka Snowa, a zwierzęta nieruchomieją. Muzyka narasta i przylatuje zastęp kupidynów, które pod pretekstem szerzenia miłości wypuszczają w powietrze grad małych, srebrnych strzał ze swoich fantazyjnie powykręcanych łuków. Strzały pikują, śpiewają, przeszywają i zabijają Cosey, gdyż są zatrute jadem żmii. Jestem myśliwym i moje zadanie jest proste. Opróżniam kołczan, przeszywając piesi różowych, uskrzydlonych niemowląt, uziemiając całe stadko. Skręcają się z bólu w chylącej się i kołyszącej trzcinie. Kładę się obok ciała Cosey i przykrywając twarz poplamioną krwią halką, wsłuchuję się w muzykę jęków rozpływających się w ciemności. Żółte bukiety. Czerwone bukiety. Wdycham zapach bielizny - spleśniałego i wilgotnego brezentu.
   

*
   

Poe nie zwlekał długo z wystawieniem na próbę granic swego rozsądku. Trzy dni po przybyciu do Doliny Ukulore, w deszczową niedzielę, obłąkany kaznodzieja dokonał jednego ze swoich najbardziej groteskowych wyczynów. Zaczęło się to w kościele.
    Zadowolony, że zgromadzili się wszyscy mieszkańcy miasta, Poe rozpoczął.
    „Grzesznicy! Nie patrzcie na ręce waszych bliźnich, lecz na swoje własne. Nikt z was nie jest czysty. Wszyscy nurzacie się w plugastwie. Lecz spójrzcie, renegaci. Niegodziwcy są naznaczeni od urodzenia i skalani aż do śmieci, która wypluwa ich w otchłań. Oni stoją między wami. Zanim będziemy mogli rozpoznać prawdziwie zepsutych, musimy najpierw zostać oczyszczeni. Słuchajcie uważnie mych słów, grzesznicy. Mówię o przemianie ducha przez tajemnicę chrztu! Zbyt długo tarzaliście się w gnoju i błocie. Naprzód! Za mną! Uzdrawiająca woda ducha jest czysta! Pójdźcie, grzesznicy! Jego wody oczekują waszej apoteozy wiary. ”
    Abie Poe pokuśtykał na tył kaplicy i stanął przed wielkimi, podwójnymi drzwiami. Ponownie zwrócił się do wiernych.
    „Posłuchajcie tego, grzesznicy! Duchowe oczyszczenie rozpoczyna się tutaj, przy tych drzwiach. Słuchajcie mych słów i bądźcie im całkowicie posłuszni! Zanim opuścicie kaplicę, zdejmijcie kapelusze i czepki. Odsłońcie swe głowy przed Wszechmogącym. Zdejmijcie buty i rękawiczki, tak by ani głowy, ani dłonie, ani stopy nie były osłonięte, gdyż są to miejsca stygmat. Teraz, dalej! Naprzód! Czuję zapach kalającej was krwi! Zostawcie wszystko, grzesznicy! Podążcie za mną boso! Do świętych wód! Do świętych wód! Naprzód! ”
    Kaznodzieja gwałtownym ruchem otworzył podwójne drzwi i wyszedł na deszcz. Zanim Poe wspiął się na swój „tron” z pomocą unikalnego, dwustopniowego strzemienia i zapiął porządnie uprząż, trzy setki pozbawionych kapeluszy, butów i rękawiczek wiernych również odważyły się stawić czoło burzy i stały teraz na deszczu, oczekując dalszych instrukcji.
    „Naprzód!”  krzyknął Poe i wbił głęboko ostrogi w twarde boki konia. Antyczny kuc zarżał chorobliwie, a następnie westchnął i ruszył przed siebie. Szlakiem Chwały i na północ ulicą Główną, za miasto, ku mokradłom. Tłum z wrzaskiem podążał za nim.
    Dwie ogromne, ciemnowinogronowe chmury ścierały się i kłóciły na sklepieniu niebieskim, otoczone pasem grzbietów i gardzieli. Te ciemne kolosy wisiały tak nisko, że szczyty obydwu wzgórz były całkowicie przesłonięte, a cała dolina przykryta była tak szczelnie, że pomimo wczesnego popołudnia trzystu mieszczan z trudem mogło się zorientować, dokąd zmierzają.
    Gdy burza się nasiliła, Abie Poe wzniósł do góry lampę spirytusową, kołysząc nią upiornie i oświetlając swą ponurą i wysuszoną czaszkę, pozwalając światłu uchwycić błysk szaleństwa w jego oczach.
    Wyszczekując dzikie rozkazy w kierunku tłumu, który ślepo błądził z tyłu, Poe pozwolił sobie na pełne wejście w nową rolę - rolę Mesjasza. Jego retoryka stała się napuszona, a zachowanie wręcz burleskowe.
    „Owieczki! Pójdźcie za mną! Ja jestem światłem w bezdennej przepaści! Gdy ciemności ogarną wszystko, pozwólcie, bym był waszą lampą przewodnią! Gdyż droga moja prowadzi do zbawienia! Do chwały! Jeśli pragniecie pokuty, grzesznicy, pójdźcie za mną, gdyż ja jestem płomieniem, co jasno migocze nawet w dolinie... cienia... i śmierci!”
    Piorun-topór wyskoczył z brzucha ciemnej, szkarłatnej chmury niczym srebrny palec, rozszczepiając uschnięte drzewo stojące na skraju zrujnowanej uprawy dwieście jardów dalej. Poe zamachał szaleńczo lampą.
    „Tam są wody! Gdyż Bóg przemawia, a głos jego jest czysty! Tam, grzesznicy! Tam!”
    I do ryku i tumultu czarnych nimbusów, które grzmiąc ścierały się niczym dwa walczące łosie, przyłączył się Abie Poe - trzepocząc rękoma nad głową - ze swoją pieśnią, którą zaśpiewał tenorem tak głębokim i potężnym, że bardzo możliwe, iż mógłby dosięgnąć, a nawet uciszyć empirejską arenę wojny na górze, gdyby tylko charakter pieśni był nieco mniej podły.
 
    „Rzekłem temu odstępcy!
    Rzekłem temu oszczercy!
    Rzekłem włóczędze! Szulerowi!
    Temu nocnemu jeźdźcowi!
    Rzekłem im <<Bóg Wszechmogący was zniszczy!!>>”
 
Następnie, kierując kuca na północny-wschód, zboczył z Głównej i wjechał na bezimienną ścieżkę, która kończyła się na szczycie niewielkiego wzniesienia, na którym stała bita deszczem chata z klepek, zbudowana obok rozlazłej kupy złomu. Za nim gramolił się tłum, niczym wielka parada klownów, potykających się i przewracających w drodze do błotnistego, błazeńskiego zbawienia.
 
Gdyby nie piorun, który odłupał lewy konar drzewa szubienicznego, pewnie nigdy nie zaprzestałbym zabawy z krwią. Zaczęło się od tego, że zaniepokojony tym, co usłyszałem o swojej krwi, wykopałem nożyce spod drzewa szubienicznego i przemyciłem je do swojego pokoju. Wcześniej wyżłobiłem już pokaźne dziury w obydwu dłoniach przy pomocy blaszanego zęba wyjętego z roześmianej szczęki jednej z pułapek, które wisiały zardzewiałe i bezużyteczne na ścianie - z ogromnej galerii okropnych żelaznych goblinów. Jak się okazało - chociaż w tym miejscu wspomnienia są nieco zamglone - nie użyłem w końcu tych nożyc na własnej osobie, choć dokładnie pamiętam, że pociąłem nimi prześcieradła na paski, których używałem, jeden po drugim, rana za raną, jako bandaże. Później, kiedy zapanowałem nad sobą, zwinąłem zużyte i sztywne bandaże i włożyłem je do pudełka po butach. Na pudełku napisałem „Paski” .
    Po trzech dniach i trzech bezsennych nocach, w stęchłym i wstrętnym powietrzu mojej celi, lepkiej i wilgotnej, na zewnątrz której szalało pieprzone monstrum  burzowe - poszczerbione widły błękitnego ognia, ogłuszające tonitruacje, młócący deszcz - siedziałem w bieliźnie, pocąc się szarym potem, podobny do trupa, z twarzą popielatą z braku snu, jedzenia, a całkiem możliwe, że i krwi. Dokonując wstępnej inspekcji stanu swojej posoki, która uległa jakiejś mrocznej przemianie, zdrapałem złe, czarne strupy, które przykrywały rany martwymi i ohydnymi czapami. Świeża krew wypłynęła bąbelkiem z każdej z ran, z początku jaskrawa i czerwona, lecz szybko ciemniejąca pośrodku i tworząca ponurą szkarłatną plamę, a końcu krzepnąca i twardniejąca, chora i czarna . Tak, chora i czarna. Włożyłem strupy do puszki po tytoniu, której dno wymościłem wcześniej bawełną, a następnie włożyłem ją do pudełka po butach, w którym były włosy i paznokcie, do pudełka oznaczonego „Ścinki” .
    Trudno mi przypomnieć sobie... to wszystko... szczegóły... wszystko ginie w niesamowitej plątaninie ciernistej posoki i szkarłatnych krzewów róż... ponurych pomruków... lepkich kałuż... drżących dłoni i krzepnących strumyków... mgliście... wypełniających... te dni strachu.
    Odsunąłem jedną z poluzowanych desek w ścianie mojego pokoju i byłem właśnie w trakcie obsikiwania kilku ostów na zewnątrz, gdy przez to klinowe rozwarcie ujrzałem, jak z ołowianych niebios wyskakuje piorun i zagłębia swe ostrze w mokrym sercu drzewa szubienicznego, gładko odrywając od pnia jego lewy konar, pozostawiając tylko prawy, samotnie zaklinający niebo, błagający Niebiosa o miłosierdzie. Wydawało się, że Bóg w końcu wysłuchał tego niemego wołania na puszczy i, rycząc ze śmiechu, cisnął jeden nieomylny ognisty piorun, odbierając drzewu jego żebraczy gest.
    Rozległ się żałosny trzask.
    Opadłem na łóżko i jak gdyby uwolniony nagle spod władzy jakiegoś zaklęcia, ujrzałem stan swej osoby i stan otaczających mnie rzeczy - śmieci, poplamione prześcieradła, obryzganą zasłonę z worka na kartofle, mokre kulki gazetowej papki, nawleczone igły, moje Biblie, uwalane błotem i podarte - kartki porozrzucane po pokoju i poprzyklejane krwią do ścian - pochlapaną podłogę pod moimi stopami, niechlubny stan mego łoża boleści, zarzuconego drobnymi kawałkami szkła, pinezkami, drzazgami -
    Skóra mi ścierpła. Oblał mnie lodowaty, szary pot. Łzy strumieniami spłynęły mi po policzkach. Siedziałem tak, wykręcając palce i unosząc ręce, czując, jak moja dusza zwija się pod wyświechtaną szatą nędznego ciała. Malutka izba przesycona była moim odorem. Byłem brudem. Byłem smrodem. Byłem plugawością doskonałą. Zapragnąłem być czysty.
    Z trudem podniosłem się i potykając, wyszedłem z chaty przez ganek i na podwórko, z rękoma zabandażowanymi w dwie brudne mitenki z gazy. Czułem chłód nieba na podniesionej do góry twarzy, na mocno zaciśniętych powiekach, nieba wymywającego brud z rozwartych ust, z włosów, ze slumsów mego ciała. Burza ciskała gromy, rozlegał się potężny łoskot, powietrze trzeszczało od elektryczności. Deszcz młócił dokoła mnie. Atmosfera wypełniła się skłóconymi legionami Boga - chmury niczym walczące byki wypuszczały ogniste kły, rozrywając ołowiane brzuchy innych niebieskich bestii wojny.
    „Oczyśćcie mnie” pomyślałem. „Oczyśćcie mnie” i niebiosa pochłonęły mnie w swej ablucji.
    Otworzyłem oczy i spojrzałem w kierunku porażonego drzewa szubienicznego, i przez chwilę wydawało mi się, że piorun, uderzając w martwe od dawna drzewo, pobudził je do życia, gdyż ujrzałem sylwetkę, której oba  konary ponownie wzniesione były do niebios i walczyły z napierającym wiatrem, a palczaste gałęzie przeczesywały niebo. Pień zdawał się chwiać na swych cienkich korzeniach. Wtedy drzewo w jakiś magiczny sposób otrzymało głos i w tej samej chwili błysk jasnego światła wybuchającego na horyzoncie zdemaskował zaczarowaną szubienicę, gdyż okazało się, że był to szaleniec - Abie Poe.