Make your own free website on Tripod.com

 

VI


 
 

Kilka słów o rodowodzie Euchrida. Ojciec Euchrida, Ezdrasz, urodził się w roku 1890 na wzgórzach Czarnego Pasma Mortonów, słynnym, lecz w większości jeszcze nie zbadanym obszarze gęsto porośniętych dolin i wzniesień. Tutaj wielkie nagie skały leżą na dnach dolin. Koryta wyschniętych strumieni wiją się u stóp wzgórz, krzaki porastają wzniesienia, ciemne i niebezpieczne pomiędzy wysokimi drzewami i duszącymi krzewami dzikiej róży.
    Niebezpieczna, dzika droga wije się w pobliżu wschodniego krańca tego regionu. Na przełomie wieków ten kręty szlak zdobył sobie złą sławę z powodu niewytłumaczalnego zniknięcia dwudziestu kilku podróżnych, zamierzających przekroczyć pasmo w poszukiwaniu dobrobytu, który według obietnic czekał na nich na Wschodzie.
    Śledztwo dotyczące znikania podróżnych w Czarnym Paśmie (określenie „Mortonów” oficjalnie zostało dodane do nazwy w 1902), doprowadziło do odkrycia i usunięcia niejakiego Toada Mortona, nazwanego przez grupę poszukiwawczą Czarnym Mortonem. Ograniczony umysłowo, pryszczaty olbrzym Toad wyrzucony został z klanu Mortonów po tym, jak w zagrodzie znaleziono martwego psa rodziny, pokrytego muchami i noszącego ślady ludzkich zębów, z równo odgryzioną tylną łapą. Znalazłszy Toada leżącego na gnoju i ssącego psią łapę, rodzina wygnała go z doliny Mortonów, by włóczył się po wąwozach i parowach poza wzgórzami. Chory Goliat, unikany przez własnych krewnych, pozostał bez przyjaciół i kompanów, prócz zastępu demonów, które ocierały się i przeciskały pomiędzy rozpadlinami i mrocznymi szczelinami jego szalonego, piekielnego mózgu.
    Kucając w ukryciu przy tej krętej, wschodniej drodze, Toad oskubywał dla przyjemności samotnych podróżnych, obchodząc się z nimi we właściwy sobie, okrutny sposób.
    Odnaleziono go w małej jaskini w pobliżu drogi, stanowiącej kryjówkę dla jego olbrzymich butów i plagi much, utuczonego obiadami z ludzkich członków, siedzącego na rozciętym żołądku jeszcze ciepłego dziecka, obgryzającego z głośnym mlaskaniem twarz nieszczęsnego, pozbawionego głowy taty, który siedział dobrą stopę nad ziemią, nabity dupą na zaostrzony pal.
    Spoglądając w górę, na ekspedycję poszukiwawczą rysującą się w blasku słońca u wyjścia groty, samotny ogromny Toad powiedział, wskazując palcem na dokonaną rzeź, „Bracia, odnaleźliście mnie! Przybyliście, by zabrać mnie do domu! Przysiądźcie się do mnie!” Dwie gorące łzy spłynęły mu po policzkach i uśmiechnął się do nich ciepło, ukazując zielone zęby spiłowane na okropne szpikulce.
    Ekspedycja poszukiwawcza przyjechała z Salem, prowadzona przez szeryfa Cogburne'a. Szeryf Cogburne zastrzelił Toada Mortona na miejscu jak psa.
    Na drodze biegnącej wzdłuż wschodniego krańca Czarnego Pasma Mortonów znajduje się wielka kamienna płyta, na której widnieje wypisany białą farbą napis:
 

STRZEŻCIE SIĘ! OKOLICA MORDERSTW MORTONA
    O, znużeni wędrówką Pielgrzymi, zrzućcie tu swe brzemię.
    Nie znam straszniejszej Zguby niż ta,
    co czeka was na tym krwawym szlaku
    Ofiaro! Strzeż się starego Czarnego Mortona. Morderczego Toada!
 

Toad Morton był najstarszym z piętnaściorga rodzeństwa. Po nim był Luter. Potem Er. Następnie przyszedł Nun, nazwany tak po ojcu, a po nim, jeszcze w tym samym roku, urodził się Gad. Wkrótce po nim Ezdrasz. Potem przyszły na świat trzy dziewczynki: Lee, Mary Lee i Mary. Po nich Ezechiel. Ślepy Dan. Mały Fan, który umarł, gdy miał trzy i pół roku. Aniela, która miała trójkę własnych dzieci w wieku czternastu lat. Następnie przyszedł Batho, a po nim Ben, który wkrótce miał umrzeć - chorowite dziecko cierpiące na jakąś nieznaną dziedziczną chorobę, z którą w wieku dwóch lat nie potrafiło sobie poradzić.
    Tak więc ojciec Euchrida, Ezdrasz, był szóstym w gromadce, która zdawała się być nie kończącym się ciągiem rozwrzeszczanych, zasmarkanych potomków. Ezdrasz zmienił nazwisko z Mortona na Eukruk w 1925 roku, po ucieczce przed bezlitosnymi oddziałami, które sterroryzowały wzgórza, wykonując część niesławnej kampanii oczyszczania Szeryfa Cogburne'a.
    Od wczesnych chłopięcych lat Ezdrasz uginał się pod jarzmem kazirodczych praktyk swej rodziny. Jego drzewo rodowe było poskręcane i poplątane niczym krzewy dzikich róż, które torturowały wzgórza. Oślepiające bóle głowy, katatonia, apopleksja, odrętwienia i częste napady wściekłości były na porządku dziennym. Czy było to spowodowane kazirodczymi związkami jego przodków, czy nie, Ezdrasz nie wiedział.
    Pytanie o dziedziczność ciążyło na bogobojnym Ezdraszu, który potrafił recytować z pamięci obszerne ustępy Pisma Świętego - Biblia była jedyną książką, którą jego matka miała w domu, a Ezdrasz był jedynym z jej dziatwy, którego z powodzeniem nauczyła czytać. W każdym razie, jeśli nawet Ezdrasz obciążony był złą krwią, jego brzemię pozostało ukryte.
    Albowiem nie cierpiał na te same zdradzieckie choroby, które ciążyły na jego rodzeństwie - widoczne na ich twarzach, spowalniające ich mowę, ujawniające się w ich sposobie chodzenia. Tak naprawdę, Ezdrasz bynajmniej nie był brzydkim mężczyzną - jego wygląd nie został skażony długotrwałymi, nierozważnymi praktykami przodków.
    Miał silne plecy, proste nogi i wspaniałe ciemne włosy. Jego zęby, chociaż zbyt wielkie i zbyt liczne, były wystarczająco silne, a jego oczy, jego niebieskie oczy, trochę blade, trochę dzikie, były całkowicie zdrowe, pomimo paroksyzmów i odrętwienia. Nie mrużył oczu jak Gad, nie był ślepy jak Dan ani nie miał zeza jak mała zezowata Aniela.
    Na początku stara Mama Morton kierowała wszystkim. Najstarsza dwójka, Luter i Er, wciąż była kontrolowana i nosiła świadczące o tym pręgi napomnień. Mama rządziła rodem miłościwie jak Mojżesz, przechadzając się po ganku w swoich wielkich butach w tę i z powrotem, w jednej ręce trzymała spleciony z pokrzywy bicz, słoik czerwonego pieprzu w drugiej, przechadzała się i czasami zatrzymywała, by krzyknąć w kierunku zarośli, „Lu-u-ter!” lub „E-e-e-er!” - na początku, zanim nastał czas Jabłecznego Jacka, dubeltówki i krwawej obławy w Paśmie Mortonów.
    Doprowadzani do szału działaniem górskiego alkoholu i skradzionej benzyny wywąchiwanej z kanistrów, najstarsi bracia, Luter i Er, byli tylko parą śliniących się szaleńców. Nękani bólem zębów, ospą i szalenie swędzącym świerzbem - pasożytem, który prześladował rodzinę Mortonów aż do ich nędznego końca - wyli w duecie jak zdychające psy. Ze skrajnej rozpaczy rzucali się w wir najohydniejszej przemocy, szukając ulgi wyżywali się brutalnie na tępych, śliniących się siostrach, pod lufą dubeltówki gwałcili je, obdarowując mułowatym potomstwem.
    Dzień przed tym, jak Szeryf Cogburne z dwudziestoma ludźmi otoczył cały klan Mortonów, Luter i Er pozabijali się w walce na pięści. Tego dnia Ezdrasz wyślizgnął się z domu, zabierając muła, Biblię, strzelbę Era i pełną kieszeń naboi, gdyż czuł w kościach, że katastrofa jest już na wyciągnięcie ręki. Wydoiwszy pełną kwartę spirytusu z destylatora, wykradł się do wysokiego lasu i z mułem na lince oraz bronią na ramieniu zszedł do doliny.
    Był rok 1925.
 

I Ezdrasz, syn Nuna, zszedł do doliny      gładką skałę i opróżnił butelkę aż
i chmura zawisła nad doliną.               do ostatniej kropli i śmiejąc się
I Ezdrasz nie pozostał długo tam,          wyrzucił ją za siebie i pękła a odgłos
gdzie padała słońca plama, lecz szedł      który wydała zdawał się świdrować mu
dalej, aż wyszedł z jej cienia.            uszy i biczować go lodowatą rózgą
I przez sześć dni i sześć nocy             dźwięku i zobaczył że kamienie były
Ezdrasz jechał przed siebie i słońce       białe i były czaszkami w świetle
miał po lewej stronie, upewniając          księżyca wznoszącego się za jego
się, że oddala się od domu, gdyż           plecami i siadającego na lufie jego
doliny porośnięte były gęsto.              czarnego gnata tuż przy zimnym
I Ezdrasz nie wiedział, dokąd go ta        i pulsującym uchu i zakręciło mu się
ucieczka doprowadzi.                       w głowie od ryczących białych czaszek
I pierwszej nocy pociągnął serdecznie      i upadł do tyłu na kamienie a ucho
ze swej butelki i po raz pierwszy          jego przykrył wybuch i plama krwi
poczuł smak górskiego szaleństwa, tak,     a dymiący gnat leżał na dnie
i przeszedł koryto rzeki, które było       upstrzonego krwią koryta i wstał
wyschnięte i pełne kamieni.                Ezdrasz śmiejąc się ze swego ucha
I nie wiedział, co to za rzeka i wciąż     i zwalił się na muła który zabrał go
trzymał strzelbę na lewym ramieniu         stamtąd a wzgórza zszyte zostały
niczym czarny gnat.                        ściegiem kropli krwi.
Na miejsce spoczynku obrał wysoką          

„Wypij to” powiedziała wdowa.
    Ezdrasz obudził się i napełnił usta Czystym Jezusem.
    Schwyciły go konwulsje, dostał nudności i przechylając korpus poza łóżko, zwymiotował wstęgę gorzkiej żółci na udeptane klepisko. Zawisł w tej pozycji, na wpół na łóżku, na wpół poza nim, pozwalając pulsującej krwi napłynąć do głowy.
    Ślepy grom bólu uderzył go w lewe ucho. Stęknął, podciągnął się i zwalił z powrotem na plecy i z zamkniętymi oczyma zaczął opadać spiralą w dół, w nieświadomość.
    „Pij.”
    Ponownie przełyk Ezdrasza wypełnił się wstrętnym Czystym Jezusem, Ezdrasz ryknął i ponownie wypluł żołądek na klepisko.
    Leżał w łóżku wdowy, którą zwali Kruczą Jane. W jej chacie. W dolinie Ukulore. Na peryferiach miasteczka Ukulore. I Ezdrasz ujrzał ją i zdziwił się.
    „Masz odstrzelone ucho. Twój muł jest okulawiony” powiedziała wdowa. „Czekałam dwanaście lat, lecz wiedziałam, że wrócisz.”
    Ezdrasz zapadł w głęboki sen i śniło mu się, że stał na dziobie wielkiej arki w kształcie ucha, a wziąwszy kruka, wysłał go nad wody sięgające aż po horyzonty i wrócił kruk szóstego dnia i w dziobie trzymał czarny gnat.
    W ten właśnie sposób Ezdrasz, ojciec Euchrida, przybył do doliny Ukulore i tak poznał matkę Euchrida i zamieszkał tam, przykryty cierpkim i sflaczałym skrzydłem swej małżonki, aż do śmierci ich obojga.
    Matka Euchrida miała prawie trzydzieści lat, gdy muł Ezdrasza, przesiąknięty krwią swego pozbawionego ucha i majaczącego pana, wkroczył na podwórze przed wysmołowaną chatą z klepek. Chociaż nie widziano tej kobiety w mieście od dnia jej ślubu w roku 1913, pamięć o niej była wciąż żywa, jako że była obiektem publicznego pośmiewiska. Robotnicy trzcinowi nadali jej przydomek „Krucza Jane”. Wziął się z piosenki, którą stary Noe, kolorowy golibroda, śpiewał niskim głosem podczas strzyżenia, golenia i zamiatania w swoim małym zakładzie przy ulicy Głównej.
    Jane Kruk okryła się niesławą w Dolinie Ukulore z powodu faktu, że dzień jej ślubu, zimą 1913, okazał się być dniem jedynego w dziejach doliny wesela „z konieczności”. Jędza od początku do końca, nawet wtedy, gdy w wieku lat siedemnastu oskarżyła - w potoku łez i tupiąc wściekle nogą - przygłupiego i Bogu ducha winnego robotnika trzcinowego Eckera Abelona o to, że wykorzystał ją i dała do zrozumienia, że powinni pobrać się w ciągu miesiąca. Wszystko zostało załatwione za zgodą jej niesfornej rodziny, która posunęła się nawet do tego, że zdemaskowała cudzołożnika, żądając publicznego zapewnienia, że nie przyniesie on hańby nazwisku Kruków, które z taką łatwością skalał.
    Przed Bogiem i przed lufą winchestera Ecker wypowiedział słowa świętego ślubowania i związał małżeński węzeł, nierozerwalny aż do śmierci.
    Dwa tygodnie później Ecker poszedł na drugi kraniec doliny, do chaty swojej nowej rodziny, pod pretekstem pożyczenia znanej dubeltówki Starego Kruka, mówiąc po prostu „Koty mnożą się szybciej, niż potrafię je powybijać kijem”. Poklepany po plecach przez swego teścia, Ecker Abelon wyszedł na jedno z pól na południu i pociągnąwszy na raz obydwa cyngle, odstrzelił sobie całą twarz.
    Stary Kruk rozwiązał zagadkę ciała leżącego na polu, gdy rozpoznał swojego winchestera. Pochowany na cmentarzu u stóp Wzgórza Bednarza - skrzynia i krzyż dzięki Funduszowi Robotniczemu - Ecker rozsupłał węzeł małżeński na zawsze.
    I chociaż leżał martwy w ziemi, nikt ze społeczności nie chciał podjąć się obowiązku powiadomienia o tym jego żony.
    Krucza Jane zaczęła całymi dniami przesiadywać na ganku, czekając na powrót małżonka, pociągając długimi godzinami ze swojej butelki bez etykietki, zawierającej jeden z jej bimbrów, które pędziła i butelkowała za złomowiskiem, pod starą, nie używaną wieżą wodną. Pomimo że były one prawie nie zdatne do picia nawet dla najbardziej zahartowanego opoja, Krucza Jane potrafiła czasami opylić półlitrówkę jednemu z włóczęgów, którzy nawiedzali odległe krańce doliny, lub ciężarówce pełnej pijanych robotników trzcinowych, zbyt nawalonych, by troszczyć się o takie drobne przeszkody na drodze pijaństwa, jak na przykład zdatność do picia.
    Niby przypadkowo wdowa pytała każdego klienta: „Czy nie widziałeś dzisiaj Eckera Kruka?”, a mężczyzna szurał nogami i zataczał się, gdy ona odkorkowywała półlitrówkę, czekając na odpowiedź. „Nie, proszę pani, dzisiaj nie” odpowiadał każdy zza drżącej ręki, „Dzisiaj nie, proszę pani”. A wgramoliwszy się z powrotem na ciężarówkę ruszali z rykiem w kierunku Głównej, tarzając się ze śmiechu, chlejąc wielkimi haustami i dławiąc się pomyjami wdowy.
    Dwanaście lat Jane czekała na powrót męża, pijąc dzień i noc, aż do szaleństwa.
    Wizerunek jej nieobecnego partnera zaczął powoli odchodzić w zapomnienie, stając się w końcu nieokreślonym, abstrakcją, która zwisała niczym całun na wiecznie wzrastającej kupie gówna jej wyobrażeń.
    Więc gdy muł przyniósł Ezdrasza - bez jednego ucha, w stanie ostrego delirium, z rzeką zakrzepłej krwi oblepiającą brzuch i tylne nogi muła - na podwórko wdowy, dziwactwa i mrok minionej dekady zaczęły się ponownie scalać i, jak gdyby słysząc wielki złoty dzwon bijący w nieskalanej ciszy nocy, zrozumiała, że jej mężczyzna ją odnalazł.
 
Mama Kruk miała trzy destylatory. A oto bimbry: Czysty Jezus, Jabłeczny Jack, Gulasz. Czysty Jezus, wyrabiany przez nią z ziemniaczanych obierek, zwany jest przez włóczęgów Jasnym Gromem, ale robotnicy trzcinowi nazywają go Łzami Eckera. Mama Kruk woli nazwę Czysty Jezus. Jabłeczny Jack to po prostu Jack dla włóczęgów, a Wdowie Siki lub Wdowia Woda dla robotników. Jabłeczny Jack jest najpopularniejszy, jako że jest prawie zdatny do picia. W przeciwieństwie do Czystego Jezusa, Jabłeczny Jack zamarza w temperaturze poniżej zera. Gulasz włóczędzy nazywają głównie Gulaszem, chociaż niektórzy starsi mieszają to z inną nazwą i zwą go nieprawidłowo Gotowanym Jezusem. Przez robotników trzcinowych nazywany bywa Trupem, Sikami, Pomyjami, Ściekami lub Gównem i robiony jest ze wszelkich możliwych do sfermentowania odpadków. Bimber ten często bywa bardzo niebezpieczny i jest sprzedawany taniej niż reszta.